niedziela, 12 listopada 2017

Biegowy październik 2017

Październik za nami, a więc czas na podsumowanie miesiąca. Jeśli chodzi o bieganie, to dziwny był to miesiąc. Pomieszanie bardzo dobrych biegów z fatalnymi i do tego w tle gdzieś ciągle majaczyła groźba złapania kontuzji. Mimo tego udało mi się wziąć udział w trzech imprezach biegowych.



Październik był u mnie dość rozbieganym miesiącem - przebiegłam 180 km. To dość sporo kilometrów, a w ogóle nie czuję, jakbym jakoś specjalnie dużo w październiku biegała. Ostatnio tyle biegałam do maratonu. Mam poza tym świadomość, że odpuściłam trzy treningi. Kolejne przed-maratońskie 200 będzie mam nadzieję już wchodziło gładko ;)



Jeśli chodzi o treningi, to trenowałam głównie spokojnie. Trafiły się pojedyncze szybsze treningi, większość jednak biegałam pod znakiem OWB1. Powód był prosty - jak są zawody, nie ma tyle czasu na WT.

Październik rozpoczęłam świetnym występem na Biegu Trzech Kopców. Poza tym w pierwszej części miesiąca moje bieganie skupiało się głównie na przygotowaniach do półmaratonu, a konkretniej  na tym, żeby nic przed nim nie spieprzyć. Jeszcze 1,5 tygodnia przed półmaratonem było świetnie, zrobiłam trening progowy na zaskakująco niskim tętnie - moje tempo progowe wynosiło do tego 5:06 min/km. Przypomnę - rok temu przebiegnięcie interwału z taką prędkością  było dla mnie mocno męczące. Tydzień przed półmaratonem złapało mnie małe przeziębienie, a potem się ociepliło... i klops. Na spokojnych treningach tętno było zadziwiająco wysokie, a ja się męczyłam. 

No i faktycznie, na Półmaratonie Królewskim niestety wiele nie ugrałam. Do tego ten start kosztował mnie tyle sił, że przez kolejny tydzień przy spokojnym bieganiu wszystko mnie bolało, a wracałam z treningów wykończona. Gorzej niż po maratonie ;)



W październiku udało nam się też raz zawitać na treningu prowadzonym przez Adama Czerwińskiego w Wieliczce. Staramy się teraz jeździć tam co tydzień. Raz, że Adam bardzo fajnie te treningi prowadzi, a dwa, że fajnie pobiegać po bieżni. No i traktujemy te czwartkowe treningi jako nasz jesienny motywator do szybszego przebierania nogami :)

Na koniec miesiąca wzięłam udział jeszcze w jednych zawodach - 4. Biegu o Złotą Szyszkę. Do ostatniej chwili wahałam się, czy startować. Cały miesiąc bowiem dolega mi kolano. Całe szczęście postanowiło nie strajkować i bieg ukończyłam szczęśliwie.



A jakie plany na listopad?

Zwalniamy, odpoczywamy...  Jedyny start, jaki planowałam w listopadzie to Czechowicki Bieg Niepodległości. A po nim całkowita przerwa na ok. 2 tygodnie - czas podreperować kolano, bo od stycznia będę musiało wytrzymywać kolejny trening maratoński :)

wtorek, 7 listopada 2017

4. Półmaraton Królewski - bo pogoda była za ładna

Dwa tygodnie po niezwykle udanym Biegu Trzech Kopców planowałam, jak to większość krakowskich biegaczy, start w Półmaratonie Królewskim. Tym razem założenia co do tempa miałam jasne. Trochę z rytmu wybiło mnie lekkie przeziębienie, które złapałam tydzień przed startem. Ostatnie treningi przed półmaratonem nie należały do najlepszych - łapałam na nich zbyt wysokie tętno. Ale kto by dbał o szczegóły. Swoich założeń na start nie redukowałam. Z obawą jednak patrzyłam na prognozy pogody na start - zbliża się ciepełko...

W dniu startu poranek wyglądał obiecująco. W okolice Tauron Areny pojechaliśmy dość wcześnie, żeby uniknąć tłumów i mieć gdzie zaparkować - na start w krakowskim półmaratonie zapowiedziało się 10.000 luda... M.in. dzięki temu myślę została zmieniona trasa. Zeszłoroczna nie poradziła sobie z takim natłokiem ludzi. Na rozgrzewce nogi lekkimi nie były, ale przed startem zawsze jest jakiś tam stres.

Przed startem spotkaliśmy też Kamilę z Górskiego Świata, dla której to był drugi półmaraton :



Zjadłam swoją kaszkę mocy i poszliśmy się z Wojtkiem ustawić na starcie. Wojtek wybrał Piątkę dla Kościuszki. Ja nieco dłuższy dystans ;) Nauczona przykrym niestety doświadczeniem ustawiłam się w nieco wcześniejszej strefie czasowej. 

Ubrałam się najlżej, jak się dało. Przed startem na horyzoncie widziałam już bezkresny błękit. Wcale nie było mi chłodno. Zła zapowiedź. Trochę bojowego nastawienia miałam, ale rozsądek szeptał do ucha, że dzisiaj nic z tego nie będzie. Bez walki się nie poddam ;) Organizatorzy wymyślili start falowy - strzał w dziesiątkę.

Start! Początek biegłam równo, dobrym tempem. Moim założeniem było biec z tempem 5:25 min/km do końca. Albo ile dam radę utrzymać ;) Trafił się jakiś odcinek z górki, to biegłam trochę szybciej. Po pięciu kilometrach robiliśmy znowu nawrotkę koło Areny. Później dłuższy odcinek Aleją Pokoju. Dalej na wiadukt. Ósmy kilometr minął, ale po wiadukcie zrobiło mi się trochę gorzej. Na kolejnym odcinku pojawiło się kilka kolejnych małych podbiegów, które jakoś strasznie mnie męczyły. Po chwili dochodziłam do siebie, ale pojawiał się znów kolejny podbieg. W zeszłym roku trasa tutaj biegła bulwarami. W tym roku 10.000 ludzi by się tam chyba nie zmieściło. Szkoda. Po 10 kilometrze zaczęłam czuć, że chyba mam trochę dość. Nie pomogła woda na punkcie odżywczym. Podbieg na Most Dębicki znowu mnie troszkę osłabił.



Po drugiej stronie Wisły myślałam, że trzymam się jednak dzielnie, ale na 13. kilometrze mnie ścięło. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ściganie i trzymanie tempa :)



Gotowałam się, mocno zwolniłam i tylko odliczałam kilometry do mety. Po 18. kilometrze walczyłam sama ze sobą. Wstyd się przyznać, ale parę razy na chwilę przeszłam do marszu. Dobiegłam do Areny, a tu jeszcze 3 kilometry. Czy ja kiedykolwiek skończę ten bieg? Po drodze widziałam umieralnię jak na maratonie - widok wyczerpanych ludzi nie pomagał ;) Liczyłam na to, że gdzieś tam będzie stał Wojtek i pomoże mi dotrzeć do mety ;) Przez ten start falowy niestety jeszcze się mnie nie spodziewał. Pomógł tylko na ostatnich metrach do mety. I za metą - gdyby mnie nie podtrzymał, pewnie bym nie ustała na własnych nogach :)



Dotarłam na metę z czasem 1:58:29. Rok temu szalałabym ze szczęścia z takiego czasu, ale czasy się zmieniły, bo chciałam 1:55 i wiem, że na taki wynik mnie naprawdę stać :) Na początku byłam niezadowolona, ale jak zobaczyłam wyniki innych, to stwierdziłam, że jednak nie poszło mi źle. Inni umarli jeszcze bardziej niż ja... ;)



Wojtek też był niezadowolony ze swojego występu. Ja po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że latem to ja życiówki nie zrobię, tylko się niepotrzebnie wymęczę. Ale kto by pomyślał, że w połowie października będzie 25 stopni... No cóż. Wydaje mi się, że bezpośredni związek z tym miało moje wysokie tętno na treningach i na samych zawodach. Po półmaratonie i ochłodzeniu wróciło do normy. Masz Ci los :)

Z pozytywów, to fajnie, że organizatorzy wyciągnęli wnioski sprzed roku. Tym razem organizacja była bardzo fajna. Nie czuło się tłoku. Szkoda tylko, że nie zamówili życiówkowej pogody :D Ale może się uda za rok. Nowa trasa za to nie przypadła mi do gustu. Na pewno nie jest tak szybka jak ta poprzednia. Może przy starcie falowym dałoby się jednak pobiec przy bulwarach? :) 

piątek, 20 października 2017

11. Bieg Trzech Kopców - ciskanie po kopcach

O Biegu Trzech Kopcach pisałam już nieraz jako o moim ulubionym krakowskim biegu. W tej kwestii nic się nie zmieniło - o ile nie męczy mnie kontuzja, ani choróbsko, muszę tam być. Tak było i w tym roku. Uwinęłam się w ciągu 5-dniowych zapisów, żeby 1 października w jak zwykle słonecznej pogodzie stanąć na starcie, pod kopcem Kraka, wśród ubranych na zielono biegaczy.

Zmieniło się tylko to, że w tym roku byłam bez mojego najwierniejszego kibica, zrobiłam przed biegiem rozgrzewkę i miałam ochotę trochę się pościgać - tak mi się jakoś ostatnio odmieniło i obudził się we mnie duch rywalizacji ;) Obmyśliłam sobie nawet strategię na pierwsze parę kilometrów. Kolejna część wyjdzie w praniu.

Na początku, bogata w doświadczenia z lat poprzednich, ustawiłam się trochę wcześniej niż moja strefa czasowa, żeby móc wykorzystać pierwszy zbieg. Przed startem czułam się bardzo dobrze. Czułam, że dzisiaj po prostu dam radę. Fajna sprawa takie uczucie na starcie :)



Start! Początek tym razem bardzo chciałam dobrze rozegrać. Było jeszcze luźno, więc mocno wykorzystałam zbieg. Potem starałam się mocno pilnować tempa, żeby nie przesadzać. Pierwsze dwa podbiegi weszły gładko. No to teraz trochę w dół i czas na prosty odcinek, gdzie chciałam trzymać tempo ok. 5:10.


Pomimo tego, że słonko przygrzewało, temperatura była całkiem przyjemna. Na coś się jednak przydał ten poranny chłodek ;) Odcinek bulwarami biegłam równo i szybko. Tak jak chciałam. Przed Aleją Waszyngtona trochę zwolniłam, żeby nabrać sił przed tym długaśnym podbiegiem.

Pierwszy odcinek Alei Waszyngtona jest strasznie stromy. Takie zderzenie ze ścianą. Tętno skoczyło, dwa razy na parę sekund przeszłam do marszu. Kilkanaście metrów i doszłam do siebie. Byłam gotowa na powolne pięcie się w górę ;)

Na podbiegu mocno pomagali kibice. Byliście świetni! Czymże by były biegi uliczne bez kibiców... Dopingowana wydrapałam się jakoś na górę. Tam mały łyczek wody, chwila na złapanie oddechu i czas wykorzystywać kolejny zbieg. Odcinek za Kopcem Kościuszki jest trochę pofałdowany, więc na zmianę biegłam pod górę i w dół. Ale ciągle w biegu.

Zbieg na Przegorzalską Przełęcz też wykorzystałam dość dobrze. No i po wbiegnięciu do Lasu Wolskiego się zaczęło... Dlaczego ta część trasy zawsze tak boli!

Tym razem oprócz duszy, serca bolały mnie też mięśnie, szczególnie w lewej nodze. Od jakiegoś czasu borykam się z małym przeciążeniem kolana i objawia się to m.in. tym, ze lewa noga odwala większą robotę. Podchodziłam, trochę podbiegałam, umierałam, ale przesuwałam się do przodu. I tak mniej więcej do 10. kilometra, na którym znowu odżyłam. Zaczęłam przyspieszać i wyczuwać już metę ;)

12. kilometr był dość szybki. Na ostatnim wzięłam się za finisz, ale zapomniałam jeszcze o takim jednym pierońskim podbiegu przed samym kopcem. Ależ zabolał! Ale zagryzłam wargi, podbiegłam i przyspieszając, zmierzałam do mety. Przed samą metą spojrzałam na zegarek i moja radość z jej przekraczania zrobiła się podwójna :) No i musiał być gest zwycięstwa :D


Przebiegłam tegoroczny Bieg Trzech Kopców w 1:11:50 !! Nawet nie marzyłam o takim czasie :) Poprawiłam swój rekord na tej trasie o ponad 7 minut. Ależ byłam szczęśliwa! Ktoś tu miał rację, że dobry wynik bardzo cieszy :))



Po biegu oczywiście obowiązkowo zostałam na piknik, w towarzystwie Ani i Wojtka, który pokonali bieg razem :)




Ten bieg utwierdził mnie w tym, że potrafię biegać szybciej. I robię biegowe rzeczy, o których nie śniło mi się jeszcze chociażby rok temu. Bardzo mnie to cieszy :) Myślę, że pobiegłam tak dobrze, bo a) trzymałam dobre tempo na bulwarach, b) wykorzystałam dobrze zbiegi. Za rok chciałabym jeszcze dołożyć lepsze podbiegi, bo trochę zabrakło mi mocy w Lesie Wolskim i na Alei Waszyngtona. Ciekawe ile będę jeszcze w stanie urwać :) I przy tym oczywiście dobrze się bawić - bo taka jest kwintesencja Biegu Trzech Kopców.


P.S. W przyszłym roku też będę czatować na zapisy!

poniedziałek, 16 października 2017

Biegiem na Zakrzówek 2 - przełaj w wielkim mieście

Zapisując się wiosną na jesienne biegi, zapełniłam sobie znowu po brzegi kalendarz. Ten bieg koniecznie. Tego też nie mogę przepuścić! A prawda jest taka, że normalnie trenując nie da się co tydzień biegać na maksa. Do Biegiem na Zakrzówek postanowiłam więc podejść luźniej i przebiec go w ramach treningu o średniej intensywności, coś a'la siła biegowa. Wybrałam dyszkę. Wojtek z kolei zapisał się na trójkę. 

Bardzo lubimy biegi organizowane przez ITMBW. Panuje na nich taka rodzinna atmosfera. Startują przeważnie stali bywalcy, więc z góry jakąś część buziek się kojarzy, jest z kim pogadać. Tak było i tym razem. Start, meta, biuro zawodów i wszystko co potrzebne biegaczowi w jednym miejscu. Pogoda przyjemna. Pierwszy do startu zaczął szykować się Wojtek - o 12:00 miał wystartować bieg na 3 km.

fot. Ewelina Kempa
Ruszyli. Wojtek co prawda nie był faworytem, ale miał ogromną wolę walki. Powalczył i oto chwilę później widziałam go już zmierzającego do mety... Na pierwszym miejscu :)

fot. Ewelina Kempa
Tak zmęczonego to go chyba jeszcze nie widziałam. Ale było warto. Wygrał :)

O 13:00 miał startować bieg główny na 10 km. Trzy kółka w pagórkowatym i różnorodnym terenie. Przed biegiem zjadłam kaszkę mocy (mój nowy patent na zawody i szybkie treningi, opiszę zapewne na jakimś podsumowaniu) i ustawiłam się na starcie. Bez parcia na wynik. Miałam w końcu pobiec treningowo ;) Ale czy ja w ogóle potrafię  biegać tak zawody? No to przekonajmy się...


Początek był raczej wolny. Trochę się zakorkowało - ludzi dużo, a ścieżka wąska. Jakoś specjalnie mi to jednak nie przeszkadzało. Początek był trochę błotnisty. Ludzie skakali przez kałuże i pomiędzy błotnistymi miejscami, ja po wszystkim przebiegałam - warto było  jednak wziąć terenówki ;)


Na pierwszym kółku było dość ciasno. Ciągle musiałam się trzymać czyichś pleców, na wąskich ścieżynkach między drzewami nie szło wyprzedzać. Na drugim trochę się już rozluźniło. Odpuściłam sobie podbieganie na największym podbiegu - uznałam go myślę słusznie za niepodbiegalny :) Znalazłam też na biegu swój ulubiony odcinek, którym okazał się ostry, kamienisty zbieg. Na każdym kółku urywałam tam sekundy, świetnie się przy tym bawiąc :)

fot. Ewelina Kempa
Na ostatnim kółku zrobiłam się trochę zmęczona. Jednocześnie miałam dość sił, żeby powyprzedzać parę ludzi. Jeszcze tylko ostatni zbieg i długa prosta do mety, na której mogłam trochę przyspieszyć :)



I meta :) Trasa nie miała całych 10 km, Garmin pokazał 9,35 km. Przebiegłam ją w 55:39. Zadowolona, umiarkowanie zmęczona :)


I jeszcze międzyczasy z endo:


Biegiem na Zakrzówek kończył cykl imprez ITMBW w 2017 roku. Z tej okazji rozdawane były statuetki da tych, którzy ukończyli wszystkie cztery biegi. Osobiście nie startowałam jeszcze tylko w biegu walentynkowym, ale w przyszłym roku na pewno tam pobiegniemy!

Jeśli chodzi o trasę Biegiem na Zakrzówek, to jest to typowy przełaj z dużą ilością podbiegów i zbiegów. Trasa na pewno ciekawa, dla wielbicieli urozmaiconych biegów, których niekoniecznie interesuje klepanie kilometrów po asfalcie :) 

środa, 11 października 2017

4Rest Run - w grupie siła

Pamiętam, jak parę lat temu zaczęłam biegać. Nie miałam komu opowiadać o treningu, zawodach, gadżetach... Tyle forsy wydać na zegarek biegowy? Nikt z mojego otoczenia nie biegał, więc nikt tego nie rozumiał. Wojtek się wkurzał, bo zamiast jechać w góry, zapisałam się na półmaraton. Zmarnowany weekend! Na wiadomość, że chcę przebiec maraton, mama próbowała mnie namówić, żebym to sobie jeszcze przemyślała, bo przecież zrobię sobie krzywdę...

Na szczęście to już przeszłość :) Najpierw poznałam Anię z dłuższym stażem biegowym i startowym ode mnie, potem zaczął biegać Wojtek, a dalej to już się posypało. Efektem tego chociażby jest fakt, że w pewien wrześniowy weekend stanęliśmy na starcie niepołomickiego 4Rest Run'u ekipą Forum Górskiego Świata. Ja, Wojtek, Bartek i drugi Wojtek w zastępstwie za Anię :)
4Rest Run to dość nietypowa impreza biegowa, w której liczy się tylko suma czasów zawodników. Wystartować można tylko czteroosobowym zespołem. Jak dla mnie dodatkowa motywacja, że biegnie się nie tylko dla siebie, ale dla pozostałych trzech osób :) Do tego bieg odbywa się w Puszczy Niepołomickiej, na dość popularnej ścieżce biegowej. Ścieżce dosłownie - większość trasy prowadzi przez leśne ścieżki. 

W dzień biegu pogoda była idealna. Chłodno, niebo zachmurzone. Cała impreza zorganizowana była na polanie w Puszczy Niepołomickiej. Przy odbiorze pakietów czekała na nas mała niespodzianka - ktoś poprzekręcał nasze imiona na tyle, że każdy musiał biec z nie-swoim nazwiskiem na numerze startowym :)


Wbrew napisom na numerach startowych więc, miałam pobiec jako pierwsza. Zawodnicy startowali w odstępach 5-minutowych. Wiedziałam, że Wojtek startujący jako drugi na pewno mnie przegoni. A reszta? Może zdążę uciec :)

Przed biegiem oczywiście rozgrzewka. Temperatura idealna. Las był chłodny, uwielbiam taką aurę! Pomimo tego, że biegłam na poczet ogólnego wyniku, nawet się bardzo nie stresowałam. Pamiętałam tą trasę w wakacyjnego wybiegania i wiedziałam, że jakichś wyjątkowych prędkości nie będę w stanie na niej rozwinąć. W myślach krążyłam wokół 5:20 min/km. Po terenie, 10,5 km, powinno być realne.

3,2,1, start! Początek trochę z górki. A jak z górki, to może być trochę szybciej. Na drugim kilometrze pojawił się podbieg, którego trochę się bałam, ale poszedł gładko. Dalej już mniej więcej było trochę w górę, trochę w dół. Biegłam nieco szybciej, niż zakładałam, ale starałam się trzymać rezerwę. Jednak teren to nie asfalt i kopytka trochę bardziej się męczą :)



Jakoś na trzecim kilometrze minęła mnie torpeda, zwana Adamem Czerwińskim :) Paręnaście (parędziesiąt?) sekund za nim biegł Wojtek. Powiedziałam mu tylko, że Adam pocisnął i tyle go widziałam.

Mniej więcej na piątym kilometrze mijaliśmy polanę startową. Dziewczyny stały i kibicowały, co oczywiście dodało sił :) Przyspieszyłam.


Na długim odcinku wzdłuż torów poczułam już trochę zmęczenie. Trzymałam jednak tempo. Ósmy kilometr. Poczułam, że mam jeszcze siły na to, żeby przyspieszyć. Parę urwanych sekund zawsze się przyda :) No to lecimy!



Końcówka była niestety pod górkę, ale walczyłam :) Na koniec jeszcze ostatnia górka, na której mięśnie zaczęły już piec. Ale nagrodą był łagodny zbieg wprost na metę.


A za metą... Radość! Medal, rzut okiem na zegarek. Dobry czas! Chyba trochę asekuracyjnie mówiłam o tych 5:20 min/km :) Przebiegam te 10,5 km w 55:31 min. Według endo dyszkę pokonałam w 52:42 min. No nieźle - w terenie i tylko 12 sekund  gorzej niż życiówka! Trzeba ją chyba w końcu oficjalnie poprawić ;)



Jak widać, nie dałam się jednak przegonić nikomu innemu niż Wojtkowi :) Bartek i  drugi Wojtek wpadli na metę kilka minut później, oboje zadowoleni, z dobrymi wynikami. Można było tylko powiedzieć: dobra robota! :) 


Po biegu na biegaczy czekał świetny posiłek regeneracyjny. Niestety zgapiliśmy się i do wyboru mieliśmy tylko tartę z bakaliami i żurawiną, ale i tak była dobra :) Do tego ile dusza zapragnie lanego piwka bezalkoholowego. Ogólnie to organizacja była na bardzo wysokim poziomie. Medale piękne. A w pakiecie zamiast stopięćdziesiątej koszulki dostaliśmy bidon. Fajnie, pomysłowo.

Sumaryczny czas, jako osiągnęliśmy to 3:21 h, co dało nam 26 miejsce na 124 zespoły open. I 10 miejsce na 60 zespołów w kategorii mix. 

Jak widać, biegające grono Górskiego Świata ciągle się powiększa. Myślę więc, że za rok spokojnie uda nam się wystawić w tym biegu dwie drużyny :)


poniedziałek, 2 października 2017

Życiowa Dziesiątka - ach, ten wmordęwind

Zapisz się na Życiową Dziesiątkę, mówili. Zrobisz życiówkę, mówili. No to się zapisałam. Życiówka w ramach prezentu urodzinowego? Czemu nie! Do tego fajnie będzie zobaczyć ten cały Festiwal Biegów w Krynicy... No to pojechałam.

Droga do Krynicy była na tyle upierdliwa, że po przyjeździe do miasteczka nerwowo zaczęliśmy szukać biura zawodów. Miał być zapas czasu, a była figa z makiem. I do tego o co chodzi z tym startem honorowym?

Na miejscu faktycznie, biegowe miasteczko. Tak zorganizowanego biura zawodów jeszcze nie widziałam. Wszystko działało jak taśma produkcyjna. Przesuwając się wraz z innymi biegaczami wzdłuż długiego stołu dostawałam kolejne elementy pakietu. Trochę się tego nazbierało. Szybko przerzuciłam Wojtkowi klamoty, zdjęłam niepotrzebny balast. I rozgrzewka. Nie zostało dużo czasu, więc krótka. Na rozgrzewce zauważyłam dwie niedogodności tego dnia - po pierwsze słońce. Za ciepło. Mam alergię na palące słońce, co powtarzam jak mantrę od paru postów :) Po drugie - co za wiatr! Jak się okazało, halny. I co się później okazało, całą trasę brzydko mówiąc w mordę. Połączenie wiatru i słońca nie jest jednak takie złe latem, bo jednak to pierwsze trochę chłodzi... Ale choinka, nie mógł wiać na przykład w plecy?!!



Ledwo co skończyłam rozgrzewkę, ustawiłam się w swojej strefie czasowej. Pożegnałam Wojtka słowami: dzisiaj wiele nie ugram. Stwierdził, że stresik jest i dobrze. Z tym, że ja stresu nie czułam. Po prostu domyślałam się, że rewelacji nie będzie. 

O 10:50 odbył się tak zwany start honorowy. Mieliśmy około 8 minut na przetruchtanie przez deptak, pozdrawianie kibiców i pozowanie do zdjęć. I w tym momencie strefy czasowe posypały się na łeb na szyję. Niektórzy zaczęli tempem docelowym na dychę. Niektórzy z kolei nie odróżniają tak bardzo tempa na dychę od zwykłego przebiegnięcia. Ja miałam w głowie, żeby przebiec tak wolno jak tylko możliwe. Na miejscu startu ostrego miałam z minutę przerwy i GO! Ruszyli.

Na początku faktycznie było z górki. Nogi same niosły. Aż byłam zaskoczona. Co chwilę musiałam za to kogoś wyprzedzać - i po co były te strefy czasowe? Pierwszy kilometr poniżej 5:00 min/km. Drugi, trzeci troszkę powyżej. Ale wszystko zgodnie z planem. Zaczęło się wypłaszczać. Czwarty... Biegnie się coraz ciężej. Trochę za szybko jak na kryzys. Piąty. Nadal pięknie trzymam tempo. Nawet wiatr aż tak nie przeszkadza, chodź słońce trochę paliło... I tam, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (albo raczej zatrutego wrzeciona) jakoś mnie odcięło. W boku zaczęła kłóć paskudna kolka. Jak tylko próbowałam przyspieszać, ból narastał i stawał się nieznośny. Każdy krok był paskudnym bólem. Wyginałam się na wszystkie strony, podnosiłam ręce do góry, robiłam co mogłam. Efekt żaden. Każda próba przyspieszenia kończyła się łzami w oczach. I tak mniej więcej przebiegłam kolejne 5 kilometrów. Nie zauważałam nikogo, kibiców, niewiele pamiętam z trasy. Myślałam tylko, żeby jakoś dotoczyć się do mety. Trasa była tam już niestety raczej płaska. Jak widać, ciągle nie może być jednak z górki :)

Na ostatnim kilometrze udało mi się jakimś cudem urwać parę sekund. Paręset metrów przed metrów pojawił się jeszcze podbieg-killer na mostek :) Za nim za to upragniona meta. Przebiegłam ją, dostałam medal. Nie potrafiłam się cieszyć. Pal licho wynik! Ale tyle cierpienia na zawodach... 


Życiową Dziesiątkę pokonałam w 52:42 min. 12 sekund gorzej, niż wynosi moja oficjalna życiówka. Ciekawa jestem, jaki wynik udałoby mi się wykręcić, gdyby nie dopadła mnie ta paskudna kolka. Pierwszą połowę biegu przebiegłam wręcz koncertowo. Druga część na pewno nie byłaby tak szybka. Najbardziej jednak żałuję, że nie mogłam cieszyć się tymi zawodami. Uśmiechać się do kibiców, przybijać piątki. Nie miałam na to siły.



W Muszynie, na mecie, na biegaczy czekał autobus. Wróciłam do Krynicy umilając sobie podróż pogawędką z biegaczką z Warszawy. Z samej Krynicy zawinęliśmy się szybko, toteż nie odczuliśmy prawdziwego klimatu imprezy. Trochę szkoda, że w Krynicy nie było żadnych ekranów, gdzie można by śledzić chociażby emocjonujący finisz Szymona Kulki i Kenijczyków. Albo informacji. Toteż festiwal nie zrobił na nas piorunującego wrażenia. Ale może kiedyś wybiorę się tam jeszcze raz, tym razem na dłużej. Myślę, że wtedy miałabym zupełnie inne spojrzenie na festiwal.

A jeśli chodzi o trasę Życiowej Dziesiątki, to na pewno ma sporo plusów. Jednak, z czego się nasłuchałam, nie każdy osiąga tam niesamowity wynik :) Nie podobał mi się też pomysł z startem honorowym, mam wrażenie, że wybił mnie z rytmu. Jeśli chodzi o mnie, to czas wyciągnąć wnioski i nie liczyć na życiówkę w lecie... ;)

sobota, 30 września 2017

Biegowy wrzesień 2017

Wrzesień. Pierwsze chłodne dni, oddech po sierpniowych upałach. Nareszcie! Tak jak podejrzewałam, wrzesień sprawił, że biegowo odżyłam. Oj, działo się!



We wrześniu udało mi się wrócić do 4 treningów tygodniowo, w rezultacie czego przebiegłam 162 km. To najwięcej od marca, czyli od treningu maratońskiego. Mój organizm dość szybko przyzwyczaił się do takiej objętości. Jak widać jeszcze pamięta przedmaratońskie tłuczenie kilometrów :)

Jeśli chodzi o wrześniowe treningi, to były to przeważnie jeden długi (1,5h), WT (z reguły interwały), jeden spokojny 10 km i ostatnim okazywał się start w zawodach. Moim ulubionym dniem w dalszym ciągu pozostaje WT, lubię się zmęczyć, a poza tym to właśnie na WT najwyraźniej widzę postępy. 

Na początku miesiąca postanowiłam zrobić sobie też mały test na 5 km - na zawodach na tym dystansie nie udało mi się jeszcze dobrze pobiec, a chciałam wiedzieć, jak szybko dam radę przebiec piątkę. Udało się zgodnie z zamierzeniami, ze średnim tempem 4:54 min/km :)


Tym sposobem nowy rekord na piątkę pociągnął mój level up, jeśli chodzi o prędkości akcentów. Nagle okazało się, że kilometrówki powinnam biegać nie z tempem 4:52, ale 4:46. Spory przeskok. Na szczęście "nie dam rady" siedziało tylko w głowie, a w rezultacie w ostatni czwartek przebiegłam kilometrówki nawet nieco szybciej, bo w okolicach 4:41, żeby na ostatniej przyspieszyć do 4:32.  Wszystko przez to, że myślałam, że garmin się przyciął, toteż pierwszy przebiegłam szybciej, a potem już jakoś poszło :)  Przy okazji zrobiłam sobie nieoficjalną, treningową życiówkę na dyszkę - 50:57! A rok temu niemal nadludzkim wysiłkiem było dla mnie tempo 5:00 min/km....


Nic tak nie cieszy jak rezultaty treningu. WT robię regularnie od maja z małą sierpniową przerwą. Taki trening, z odpowiednio dobranymi prędkościami polecam każdemu :)

Tyle, jeśli chodzi o treningi. We wrześniu miałam jeszcze okazję wziąć udział w trzech imprezach biegowych. W Życiowej Dziesiątce, która nie skończyła się  dla mnie zbyt szczęśliwie, tydzień później w drużynowym 4Rest Run, który poszedł mi z kolei bardzo dobrze i w Biegu na Zakrzówek, który pobiegłam treningowo. Relacje z zawodów już się piszą :)


Jedną różnicą, o której warto wspomnieć jest jeszcze zmiana diety. Ja, czekoladożerca, rzuciłam słodycze! Sama w to nie wierzę :) I co najlepsze, jakoś mi ich nie brakuje. Oczywiście nie popadam w paranoję i jak najdzie mnie ochota, to zjem coś słodkiego, ale nie jest to już cała czekolada zjedzona w przeciągu 3 minut. Zdrowe żarłeko też jest dobre :) I cola też przestała mi smakować!

A jakie plany na październik?

Jeśli chodzi o starty, to jutrzejszy Bieg Trzech Kopców, który nie mam pojęcia jak pobiec, ale uwielbiam ten bieg i bez względu na wynik wbiegnę na metę z bananem na twarzy :) Za dwa tygodnie czeka mnie Półmaraton Królewski, na który chyba mam już pomysł... A w ostatni weekend października Bieg o Złotą Szyszkę, czyli w końcu góry. Mam nadzieję, że moje prawe kolano jest już na to gotowe :)

A treningowo... Najlepiej nic nie zmieniać, skoro działa to, co robię :)

poniedziałek, 18 września 2017

Biegowe wakacje 2017 - lipiec i sierpień

Ostatnimi czasy mało miałam weny do pisania do bieganiu. Jaki sezon biegowy, takie i pisanie - a, że dla mnie wakacje to biegowy sezon ogórkowy... To tak wyszło :) Czas jednak nadrobić zaległości, bo jesień z kolei wręcz zachęca do zakładania butów biegowych. A więc, jak wyglądały moje biegowe wakacje?
Bieganie w lecie to moja prawdziwa bolączka. Wysokie temperatury, palące słońce, rozgrzane miejskie asfalty... To nie dla mnie. W tym roku po raz kolejny podjęłam wyzwanie z myślą, że te wakacje będą rozbiegane. Udało się tylko częściowo ;)



Łącznie w lipcu i sierpniu przebiegłam 208 km. W lipcu trenowałam w miarę regularnie, miałam w nogach 126 km. W sierpniu dopadł mnie ten czas, kiedy powiedziałam: dość. Wynikiem są zaledwie 82 kilometry. Ale biorąc pod uwagę, że byłam na dwutygodniowych wakacjach objazdowych w Norwegii (z baardzo okazyjnym dostępem do prysznica, toteż więcej było łażenia niż biegania), to chyba nie jest tak źle. Trochę się przełamałam. Wyszłam np. na trening w najprawdopodobniej najcieplejszy dzień w roku, kiedy termometry wskazywały 36 stopni. Oczywiście biegałam wieczorem, ale w mieście wysoka temperatura utrzymuje się nawet po zachodzie słońca ;)

dość rozbiegany lipiec

i nieco mniej rozbiegany sierpień
Jeśli chodzi o treningi jakościowe, to przeważnie mi nie wychodziły. Jak trafiłam w chłodniejszy dzień, było dobrze, nawet bardzo, na tyle, że byłam w stanie przebiec ostatni interwał w tempie niemalże rytmowym.  Jak w gorący - nawet tempo progowe sprawiało, że miałam ochotę wskoczyć do rzeki i tam leżeć :) Starałam się mimo to w jakimś stopniu je realizować. Zamiast jednego dnia biegowego w tygodniu, robiłam intensywne ćwiczenia siłowe. 

Opierałam moje trenowanie w wakacje na spokojnych wybieganiach. Chociaż w gorącu i to nie zawsze wychodziło. Miałam wrażenie, że w wysokich temperaturach moje mięśnie są bardzo słabe. Męczyły się na byle podbiegu. Starałam się nie martwić tym, że słabo mi się biega, ale nie było to motywujące. Na dość regularne treningi wychodziłam do połowy sierpnia. Później, na urlopie, było to głównie spacerowanie i chodzenie po górach. Zawsze jakaś aktywność. Na urlopie nie chciałam się przejmować tym, czy zrobiłam trening i czy kilometraż się zgadza. Wakacje to wakacje ;)



Nie jestem jakoś szczególnie zadowolona z moich biegowych wakacji. Ale nie jestem też niezadowolona, zwłaszcza, że były to moje najbardziej rozbiegane wakacje do tej pory. Nie odpuściłam całkowicie, jak to zdarzało się w poprzednich latach. Pogodziłam się już z tym, że kompletnie nie idzie mi bieganie, jak jest gorąco. Gdzie z tyłu głowy miałam jednak tą myśl, że każdy pozornie nieudany trening to cegiełka do mojego jesienno-zimowego biegania, a wychodząc dalej w przyszłość, do kolejnego maratonu. Trening to trening.

A jakie plany na wrzesień?
Jeśli chodzi o trenowanie, to póki co nadal głównie szybkość. Czas przestawić się na nowe prędkości, wg. Danielsa ostatnio awansowałam. Będzie ciężko, ale i tak już się cieszę na WT. Oprócz tego w ramach przygotowania do półmaratonu trochę dłuższych wybiegań, a reszta spokojnie - OWB1 to  przecież mój najlepszy przyjaciel :). Mądre podejście do biegania ze startami co tydzień bywa trudne. Ale przecież nie muszę ich wszystkich biegać na maksa. I nawet nie zamierzam :)
Przede mną jesień i okres startów. Rozpoczynam go z bardzo pozytywnym nastawieniem i apetytem na bieganie. Będzie moc! :)

niedziela, 13 sierpnia 2017

Biegowy czerwiec 2017

Czas nadrobić  nieco zaległości z podsumowań miesiąca. Przenieśmy się więc do początku lata, do miesiąca, w którym pobiłam chyba swój rekord, jeśli chodzi o ilość zawodów. Czerwiec na szczęście do zbyt upalnych nie należał. Za to obfitował u mnie w różnej maści starty. Aż pięć razy pojawiałam się na mecie różnych biegów w dystansach od 5 do 10 kilometrów.



W czerwcu udało mi się przebiec 142 kilometry. Ani to dużo, ani mało. Nie czułam się przeciążona, biegania było tak w sam raz. Jednak coweekendowe zawody potrafią wymęczyć. W niemalże każdy weekend dawałam z siebie naprawdę sporo. Poza tym realizowałam lekkie treningi, a co czwartek robiłam WT, czyli mój ulubiony trening szybkościowy. Całkiem podobał mi się taki układ. Na czwartkowych WT ćwiczyłam głównie kilometrówki, 800-metrówki i krótsze, 400-metrowe interwały. Szybkie bieganie to coś, co uwielbiam i na czym się ostatnio skupiam. Czy robię postępy? Myślę, że tak. Ale prawdziwy efekt będzie zapewne widać dopiero na jesień, jak temperatury nieco opadną. Na początku czerwca niespodziewanie na jednym z treningów WT Garmin oznajmił mi, że pobiłam swój rekord na dyszkę. To tylko trening, ale zawsze jakoś to świadczy o tym, że gorzej nie jest :)



W pierwszy weekend czerwca wystartowałam w Raz Kozie Bieg w Dobczycach. Upalna piątka pozwoliła mi po raz pierwszy stanąć na podium w kategorii i uwierzyć nieco w swoje możliwości. Że może nie takie totalne beztalencie jestem, jeśli chodzi o bieganie ;)



W kolejny weekend pomimo przeziębienia wystartowałam w Biegu dla Kuby w Janowicach. Wymęczyłam się na bardzo górzystej trasie, ale wbiegłam na metę jako 4-ta kobieta. Czyli, że zadowolona :)



Później pobiegliśmy jeszcze na 8 km w biegu W pogoni za Żubrem, a tydzień później dyszkę w Biegu Ulicznym w Oświęcimiu i piątkę w Biegu Ulicznym w Bukownie. Najbardziej jestem chyba zadowolona z Żubra. Pomimo tego, że terenowa część biegu mnie wymęczyłam, to na koniec przycisnęłam i w rezultacie zajęłam dość wysokie miejsce wśród kobiet i w swojej kategorii. Najgorzej poszło mi zdecydowanie w Oświęcimiu. Po 3-cim kilometrze zaczęło się umieranie, toczenie do mety... I trwało strasznie długo ;)

Sporo tego, prawda? :) Pod koniec byliśmy trochę zmęczeni ciągłymi startami. Zawody to pozytywne emocje, ale jak to z każdą rzeczą - można to też przedawkować :) Po zawodach w Bukownie postanowiliśmy zrobić sobie regeneracyjną przerwę. w pełni na nią zasłużyliśmy ;)

A co planowałam w lipcu?
Realizację szybkościowych treningów wraz z możliwościami pogodowymi (wysokie temperaturki wykluczają u mnie mocne treningi) + czasami jakiś dłuższy bieg. O tym, co mi wyszło już w kolejnym podsumowaniu.

Najpiękniejszy biegowy dzień tego miesiąca :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Bieg uliczny w Bukownie - motywujące zakończenie

Dzień po biegu w Oświęcimiu jechaliśmy z Wojtkiem na kolejny bieg, tym razem do Bukowna. Przejeżdżaliśmy przez nieco nietypowe dla nas krajobrazy, minęliśmy Olkusz - wszędzie las :) Na samą myśl, że mam wypluwać płuca przez 5 kilometrów trochę mnie osłabiała. Dzień wcześniej zawody dały mi mocno w kość, a temperatura była w okolicach 30 stopni.

Na miejscu okazało się, że na te zawody zjechało się chyba z pół krakowskiego światka biegowego :) Byli też zawodnicy spoza Europy, zachęceni z pewnością wysokimi nagrodami pieniężnymi. Wojtek przygotowywał się do dyszki, ja do piątki. Ależ się cieszyłam, że nie muszę biec 10 kilometrów. W takim skwarze w miarę dobre samopoczucie potrafię utrzymać tylko do 20-paru minut. Później jest tylko gotowanie się i zdychanie :)



Nie wiedziałam zbyt dużo o trasie. Wojtek na rozgrzewce zrobił małe rozeznanie i wspominał coś o kawałku leśnym duktem. Czyli zapewne nie będzie ścigania. Nawet i lepiej.



Start obu dystansów był o 17:00. Ludzie jak to zazwyczaj bywa, bardzo wyrwali. Ja też biegłam z początku trochę  za szybko. Planowałam tym razem biec zapobiegawczo, w okolicach 5:20. Podziwiać okolicę i cieszyć się startem. W praktyce wyszło trochę szybciej, ale biegło mi się dobrze. Na podbiegu na 2. kilometrze zaczęłam już wyprzedzać ludzi. Potem faktycznie wbiegliśmy do lasu i nawierzchnia zrobiła się trochę gorsza. A za lasem był kolejny las, a za nim taka baardzo długa prosta po szutrowej drodze. Cała skąpana w słońcu. Do tego ciężko było wyprzedzać ludzi, bo wiązało się to z biegnięciem po drobnych kamyczkach. Łykałam po jednym, a potem stwierdziłam, że czas przykleić się do czyichś pleców i utrzymać to tempo :)

Trochę mnie ten odcinek wymęczył. Na szczęście za nim był zbieg leśną drogą, a potem wybiegłam na długą, prostą drogę, na końcu której widziałam metę. Coś jak na Błoniach. Meta, no to przyspieszam! Przyspieszyłam, tempo poniżej  min/km. A tu zegarek zrobił mi psikus i dopiero odpikał 4-ty kilometr. No to się teraz męcz kobito :) Ale powiedziałam sobie, że nie ma opcji, dam radę utrzymać to tempo! Dyszałam, sapałam i wyprzedzałam biegnących na dyszkę. Meta jakoś tak wolno się przybliżała. Ale w końcu do niej dotarłam. Ostatni kilometr tempo 4:49 min/km. Mój najszybszy kilometr w biegu ulicznym :)



Na metę dotarłam z oficjalnym czasem 25:56. Garmin pokazał, że 5-kę pokonałam w czasie 25:36. Jak na nieprostą trasę i upał, to bardzo fajny wynik. Zajęłam 8 miejsce na 39 kobiet. 



Biegiem w Bukownie zakończyliśmy wiosenny okres startów. Ten ostatni dał mi wiarę w to, że jak nadal będę pracować nad prędkością (i upał nieco zelży...), to będę jeszcze biegać szybko. Co więcej, spodobały mi się te piątki... :) 

Medal me gusta :)