poniedziałek, 18 września 2017

Biegowe wakacje 2017 - lipiec i sierpień

Ostatnimi czasy mało miałam weny do pisania do bieganiu. Jaki sezon biegowy, takie i pisanie - a, że dla mnie wakacje to biegowy sezon ogórkowy... To tak wyszło :) Czas jednak nadrobić zaległości, bo jesień z kolei wręcz zachęca do zakładania butów biegowych. A więc, jak wyglądały moje biegowe wakacje?
Bieganie w lecie to moja prawdziwa bolączka. Wysokie temperatury, palące słońce, rozgrzane miejskie asfalty... To nie dla mnie. W tym roku po raz kolejny podjęłam wyzwanie z myślą, że te wakacje będą rozbiegane. Udało się tylko częściowo ;)



Łącznie w lipcu i sierpniu przebiegłam 208 km. W lipcu trenowałam w miarę regularnie, miałam w nogach 126 km. W sierpniu dopadł mnie ten czas, kiedy powiedziałam: dość. Wynikiem są zaledwie 82 kilometry. Ale biorąc pod uwagę, że byłam na dwutygodniowych wakacjach objazdowych w Norwegii (z baardzo okazyjnym dostępem do prysznica, toteż więcej było łażenia niż biegania), to chyba nie jest tak źle. Trochę się przełamałam. Wyszłam np. na trening w najprawdopodobniej najcieplejszy dzień w roku, kiedy termometry wskazywały 36 stopni. Oczywiście biegałam wieczorem, ale w mieście wysoka temperatura utrzymuje się nawet po zachodzie słońca ;)

dość rozbiegany lipiec

i nieco mniej rozbiegany sierpień
Jeśli chodzi o treningi jakościowe, to przeważnie mi nie wychodziły. Jak trafiłam w chłodniejszy dzień, było dobrze, nawet bardzo, na tyle, że byłam w stanie przebiec ostatni interwał w tempie niemalże rytmowym.  Jak w gorący - nawet tempo progowe sprawiało, że miałam ochotę wskoczyć do rzeki i tam leżeć :) Starałam się mimo to w jakimś stopniu je realizować. Zamiast jednego dnia biegowego w tygodniu, robiłam intensywne ćwiczenia siłowe. 

Opierałam moje trenowanie w wakacje na spokojnych wybieganiach. Chociaż w gorącu i to nie zawsze wychodziło. Miałam wrażenie, że w wysokich temperaturach moje mięśnie są bardzo słabe. Męczyły się na byle podbiegu. Starałam się nie martwić tym, że słabo mi się biega, ale nie było to motywujące. Na dość regularne treningi wychodziłam do połowy sierpnia. Później, na urlopie, było to głównie spacerowanie i chodzenie po górach. Zawsze jakaś aktywność. Na urlopie nie chciałam się przejmować tym, czy zrobiłam trening i czy kilometraż się zgadza. Wakacje to wakacje ;)



Nie jestem jakoś szczególnie zadowolona z moich biegowych wakacji. Ale nie jestem też niezadowolona, zwłaszcza, że były to moje najbardziej rozbiegane wakacje do tej pory. Nie odpuściłam całkowicie, jak to zdarzało się w poprzednich latach. Pogodziłam się już z tym, że kompletnie nie idzie mi bieganie, jak jest gorąco. Gdzie z tyłu głowy miałam jednak tą myśl, że każdy pozornie nieudany trening to cegiełka do mojego jesienno-zimowego biegania, a wychodząc dalej w przyszłość, do kolejnego maratonu. Trening to trening.

A jakie plany na wrzesień?
Jeśli chodzi o trenowanie, to póki co nadal głównie szybkość. Czas przestawić się na nowe prędkości, wg. Danielsa ostatnio awansowałam. Będzie ciężko, ale i tak już się cieszę na WT. Oprócz tego w ramach przygotowania do półmaratonu trochę dłuższych wybiegań, a reszta spokojnie - OWB1 to  przecież mój najlepszy przyjaciel :). Mądre podejście do biegania ze startami co tydzień bywa trudne. Ale przecież nie muszę ich wszystkich biegać na maksa. I nawet nie zamierzam :)
Przede mną jesień i okres startów. Rozpoczynam go z bardzo pozytywnym nastawieniem i apetytem na bieganie. Będzie moc! :)

niedziela, 13 sierpnia 2017

Biegowy czerwiec 2017

Czas nadrobić  nieco zaległości z podsumowań miesiąca. Przenieśmy się więc do początku lata, do miesiąca, w którym pobiłam chyba swój rekord, jeśli chodzi o ilość zawodów. Czerwiec na szczęście do zbyt upalnych nie należał. Za to obfitował u mnie w różnej maści starty. Aż pięć razy pojawiałam się na mecie różnych biegów w dystansach od 5 do 10 kilometrów.



W czerwcu udało mi się przebiec 142 kilometry. Ani to dużo, ani mało. Nie czułam się przeciążona, biegania było tak w sam raz. Jednak coweekendowe zawody potrafią wymęczyć. W niemalże każdy weekend dawałam z siebie naprawdę sporo. Poza tym realizowałam lekkie treningi, a co czwartek robiłam WT, czyli mój ulubiony trening szybkościowy. Całkiem podobał mi się taki układ. Na czwartkowych WT ćwiczyłam głównie kilometrówki, 800-metrówki i krótsze, 400-metrowe interwały. Szybkie bieganie to coś, co uwielbiam i na czym się ostatnio skupiam. Czy robię postępy? Myślę, że tak. Ale prawdziwy efekt będzie zapewne widać dopiero na jesień, jak temperatury nieco opadną. Na początku czerwca niespodziewanie na jednym z treningów WT Garmin oznajmił mi, że pobiłam swój rekord na dyszkę. To tylko trening, ale zawsze jakoś to świadczy o tym, że gorzej nie jest :)



W pierwszy weekend czerwca wystartowałam w Raz Kozie Bieg w Dobczycach. Upalna piątka pozwoliła mi po raz pierwszy stanąć na podium w kategorii i uwierzyć nieco w swoje możliwości. Że może nie takie totalne beztalencie jestem, jeśli chodzi o bieganie ;)



W kolejny weekend pomimo przeziębienia wystartowałam w Biegu dla Kuby w Janowicach. Wymęczyłam się na bardzo górzystej trasie, ale wbiegłam na metę jako 4-ta kobieta. Czyli, że zadowolona :)



Później pobiegliśmy jeszcze na 8 km w biegu W pogoni za Żubrem, a tydzień później dyszkę w Biegu Ulicznym w Oświęcimiu i piątkę w Biegu Ulicznym w Bukownie. Najbardziej jestem chyba zadowolona z Żubra. Pomimo tego, że terenowa część biegu mnie wymęczyłam, to na koniec przycisnęłam i w rezultacie zajęłam dość wysokie miejsce wśród kobiet i w swojej kategorii. Najgorzej poszło mi zdecydowanie w Oświęcimiu. Po 3-cim kilometrze zaczęło się umieranie, toczenie do mety... I trwało strasznie długo ;)

Sporo tego, prawda? :) Pod koniec byliśmy trochę zmęczeni ciągłymi startami. Zawody to pozytywne emocje, ale jak to z każdą rzeczą - można to też przedawkować :) Po zawodach w Bukownie postanowiliśmy zrobić sobie regeneracyjną przerwę. w pełni na nią zasłużyliśmy ;)

A co planowałam w lipcu?
Realizację szybkościowych treningów wraz z możliwościami pogodowymi (wysokie temperaturki wykluczają u mnie mocne treningi) + czasami jakiś dłuższy bieg. O tym, co mi wyszło już w kolejnym podsumowaniu.

Najpiękniejszy biegowy dzień tego miesiąca :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Bieg uliczny w Bukownie - motywujące zakończenie

Dzień po biegu w Oświęcimiu jechaliśmy z Wojtkiem na kolejny bieg, tym razem do Bukowna. Przejeżdżaliśmy przez nieco nietypowe dla nas krajobrazy, minęliśmy Olkusz - wszędzie las :) Na samą myśl, że mam wypluwać płuca przez 5 kilometrów trochę mnie osłabiała. Dzień wcześniej zawody dały mi mocno w kość, a temperatura była w okolicach 30 stopni.

Na miejscu okazało się, że na te zawody zjechało się chyba z pół krakowskiego światka biegowego :) Byli też zawodnicy spoza Europy, zachęceni z pewnością wysokimi nagrodami pieniężnymi. Wojtek przygotowywał się do dyszki, ja do piątki. Ależ się cieszyłam, że nie muszę biec 10 kilometrów. W takim skwarze w miarę dobre samopoczucie potrafię utrzymać tylko do 20-paru minut. Później jest tylko gotowanie się i zdychanie :)



Nie wiedziałam zbyt dużo o trasie. Wojtek na rozgrzewce zrobił małe rozeznanie i wspominał coś o kawałku leśnym duktem. Czyli zapewne nie będzie ścigania. Nawet i lepiej.



Start obu dystansów był o 17:00. Ludzie jak to zazwyczaj bywa, bardzo wyrwali. Ja też biegłam z początku trochę  za szybko. Planowałam tym razem biec zapobiegawczo, w okolicach 5:20. Podziwiać okolicę i cieszyć się startem. W praktyce wyszło trochę szybciej, ale biegło mi się dobrze. Na podbiegu na 2. kilometrze zaczęłam już wyprzedzać ludzi. Potem faktycznie wbiegliśmy do lasu i nawierzchnia zrobiła się trochę gorsza. A za lasem był kolejny las, a za nim taka baardzo długa prosta po szutrowej drodze. Cała skąpana w słońcu. Do tego ciężko było wyprzedzać ludzi, bo wiązało się to z biegnięciem po drobnych kamyczkach. Łykałam po jednym, a potem stwierdziłam, że czas przykleić się do czyichś pleców i utrzymać to tempo :)

Trochę mnie ten odcinek wymęczył. Na szczęście za nim był zbieg leśną drogą, a potem wybiegłam na długą, prostą drogę, na końcu której widziałam metę. Coś jak na Błoniach. Meta, no to przyspieszam! Przyspieszyłam, tempo poniżej  min/km. A tu zegarek zrobił mi psikus i dopiero odpikał 4-ty kilometr. No to się teraz męcz kobito :) Ale powiedziałam sobie, że nie ma opcji, dam radę utrzymać to tempo! Dyszałam, sapałam i wyprzedzałam biegnących na dyszkę. Meta jakoś tak wolno się przybliżała. Ale w końcu do niej dotarłam. Ostatni kilometr tempo 4:49 min/km. Mój najszybszy kilometr w biegu ulicznym :)



Na metę dotarłam z oficjalnym czasem 25:56. Garmin pokazał, że 5-kę pokonałam w czasie 25:36. Jak na nieprostą trasę i upał, to bardzo fajny wynik. Zajęłam 8 miejsce na 39 kobiet. 



Biegiem w Bukownie zakończyliśmy wiosenny okres startów. Ten ostatni dał mi wiarę w to, że jak nadal będę pracować nad prędkością (i upał nieco zelży...), to będę jeszcze biegać szybko. Co więcej, spodobały mi się te piątki... :) 

Medal me gusta :)

sobota, 15 lipca 2017

Bieg Uliczny w Oświęcimiu - tolerancja na sportowo

Wraz z kolejnym czerwcowym weekendem czekały nas kolejne zawody. Jedne na weekend to już za mało ;) A więc w sobotę rano zmierzaliśmy w stronę Oświęcimia, żeby wziąć udział w Biegu Ulicznym - Tolerancja na sportowo.

Co za dużo startów to jednak niezdrowo. Wojtek zarzekał się rano, że nigdzie nie chce mu się biec. Ja nie miałam aż tak negatywnego nastawienia, ale czułam, że wiele tego dnia nie zdziałam.

Bieg w Oświęcimiu odbywa się przy Life Festiwalu, o którym istnieniu wcześniej nie miałam w sumie pojęcia. Idea jest bardzo fajna - promowanie aktywności u wszystkich, oprócz biegów na 5 i 10 km był też bieg rodzinny i wyścig na rolkach. Czyli już całkiem spora imprezka. Przed biegiem ze sceny Robert Korzeniowski zachęcał do porzucenia kanapy i telewizora na rzecz jakiejś aktywności. Popieram. Dodałabym do tego tylko jeszcze fejsbuka :)



Na starcie czuliśmy, że słonko zaczyna przygrzewać. Pogodny, czerwcowy dzień, czegóż więc się spodziewać? Wcześniej na rozgrzewce tętno było zdecydowanie zbyt wysokie, niż bym sobie tego życzyła. A raczej się nie stresowałam.

Ruszyliśmy o 10:00. Razem biegi na 5 i na 10 kilometrów. Początek biegło mi się zaskakująco dobrze, pierwsze dwa kilometry były dość szybkie. Na trzecim jednak poczułam, że z siłami będzie dzisiaj raczej kiepsko. A tu jeszcze tyle czasu przede mną...

Gdzieś w okolicach 3-go kilometra minęłam Wojtka, który biegł w drugą stronę. Zdecydował się na start na 5-kę, ja biegłam 10-kę. Dobiegając do 5-go kilometra wiedziałam jednak, że ten bieg będzie walką ze sobą. I że nie zdziwię się, jak będę się potem toczyć 6:15 min/km :) Żałowałam, że nie wybrałam piątki, ale powiedziało się A...To trzeba biec dalej ;)



Na 5,5 km dorwałam się do wodopoju. To akurat trochę do zarzucenia organizatorom - bieg w upale, a tylko jeden punkt z wodą? Porwałam całą butelkę, połowę na siebie wylałam. Oczywiście nie pomogło.

Przed kolejne kilometry sapałam, dyszałam, a tętno było zdecydowanie nie-dyszkowe. Na zawrotce strażacy polewali biegaczy ze szlaufa - wbiegłam pod się trochę ochłodzić, a tu wpadł na mnie jakiś biegacz i razem zwaliliśmy się na ziemię. Stłukłam sobie kolano, ale biec się dało ;)



Niestety nie przeżyłam żadnego katharsis podczas biegu i domęczyłam go tylko do końca. Miałam wrażenie, że wbiegam na metę jako jedna z ostatnich. I najbardziej zmęczonych. Na szczęście tak nie było :) Pokonałam tą dyszkę w 55:20



Kiepski wynik jak na mnie, tym bardziej, że trasa była płaska jak stół i jakbym tylko pobiegła ją w innych warunkach atmosferycznych, pewnie udałoby się nawet wybiegać życiówkę... Ale cóż. To nie był mój dzień :)


Za to Wojtek, pomimo negatywnego nastawienia zajął 3-cie miejsce w biegu na 5 km :) Dyplom i gratulacje wręczał mu sam Robert Korzeniowski. 



Jako nagrodę dostał bilet na Life Festiwal i w ten sposób tego wieczoru znaleźliśmy się jeszcze na koncercie Scorpionsów :)


Pomijając mój występ, zawody były całkiem sympatyczne :) Bardzo pozytywna atmosfera. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

IX Bieg w Pogoni za Żubrem - gdzie się schował żubr?

Namnożyło się ostatnio u nas startów. Weekend = gdzieś startujemy. Na połowę czerwca zaplanowaliśmy odwiedziny w Niepołomicach na IX Biegu w Pogoni za Żubrem. Spodziewaliśmy się upału, a tu proszę - chłodno, przyjemnie. Kto zamawiał pogodę? :)

Niepołomice to urocze miasteczko. Łatwo się w nim odnaleźliśmy. Start był właściwie w samiuśkim centrum, koło rynku. Biegaczy mnóstwo. Rozgrzewka na spokojnie, jakiś pan tylko mnie pod koniec zaczepił i mówił, żebym odpuściła rozgrzewkę, bo to męczenie nóg. A ja wiem? Na pewno nie ma co przesadzać, ale dla zdrowia chyba lepiej ją zrobić, żeby nogi nie miały szoku, jak wrzucę startowe tempo "z marszu". A więc standardowo 12 min OWB1 + przebieżki. 


Start był jednocześnie dla 15 km i 8 km. My przyszykowaliśmy się na ten krótszy dystans. Plan miałam jak to ostatnio ambitny. Trzymać 5:00-5:05 jak długo się da. 

Start i ruszyli! Początek mocno, ale było płasko, momentami nawet z górki. Pierwszy kilometr wzorcowo 4:59. Potem wg. samopoczucia trochę zwolniłam i wyszło 5:05. 

Na początku wszyscy ciskają 4:55 :)

Potem wbiegliśmy w las i tempo zaczęło spadać. Trzeci jeszcze w miarę utrzymałam, ale potem zaczął się przełaj i za cholerę nie dało się biec szybko. Oddech nie ten, tętno nie to... Jednak jest spora różnica między asfaltem a leśnymi ścieżkami.



Przemęczyłam tak ok. 3 kilometry. Nasapałam się, a biegłam bardzo wolno. Na 6,5 km wbiegliśmy z powrotem na asfalt. Chwilę mi zajęło zanim doszłam do siebie. Ale jak już troszkę odpoczęłam, przyspieszyłam. Znowu zbliżyłam się do założonego tempa. 8. kilometr przebiegłam z tempem 5:02. Na ostatnich 100 metrach jeszcze trochę sprintu i meta. Ależ upragniona :)

Lewy rękawek nie chciał współpracować :)

Wbiegłam na metę z czasem 42:20. Ciężko było. Ale warto, bo wśród kobiet byłam 20 na 206 startujących. Miejsce nie jest najważniejsze, ale taka wysoka jak na mnie lokata dodaje skrzydeł i pozwala uwierzyć we własne możliwości. Biegowo dość długo w siebie nie wierzyłam. Ale teraz już chyba wierzę :)



Na krótkich biegach nie da się chyba czuć komfortowo. Jeśli tak jest, to raczej biegnie się zapobiegawczo. Oczywiście, tak też można. Ale ja tego dnia miałam ochotę na ciskanie :)

Wojtek wybiegał 2. miejsce w M30. Ja co prawda nie wróciłam do domu z żadnym pucharkiem, ale za to z pięknym medalem i dużą satysfakcją. Zostaliśmy na całą dekorację, która była strasznie długa, bo trwała aż dwie godziny. Poza tym jednak zawody bardzo fajne. 



Godne polecenia, tylko nie jest to z pewnością szybka trasa. Przełaj mocno spowalnia. Co ciekawe, u Wojtka tempo rozkładało się identycznie jak u mnie - zwalnialiśmy na tych samych kilometrach.



A więc, być może do zobaczenia za rok w Niepołomicach! :)



środa, 21 czerwca 2017

Bieg dla Kuby - dyszka w szczytnym celu

Janowice to taka mała miejscowość, całkiem blisko moich rodzinnych Czechowic. A więc prawie jak w domu. Na tyle jednak duża, że grupka biegających tam ludzi zdecydowała się zorganizować tam imprezę biegową z pięknym celem - zbiórka pieniędzy dla chorego na autyzm Kuby. Nie mogło mnie tam oczywiście zabraknąć. Namówiłam kogo się dało - czytaj Wojtka i Marcina ;)

Niestety dwa dni przed startem złapało mnie przeziębienie. Zatkany nos i bolące gardło to nie koniec świata, do tego jest ciepło, stwierdziłam, i postanowiłam biegać jak gdyby nigdy nic. Całkiem nieźle to wyszło. W sobotę rano z drobnymi przygodami zjawiliśmy się w Janowicach. Na miejscu zastaliśmy mały festyn - oprócz głównego biegu na 10 km, w którym braliśmy udział, odbywał się też bieg rodzinny na 3,5 km i rajd rowerowy. Więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie :)

Odebraliśmy numer startowy i króciutko się przygotowaliśmy. Trochę się spóźniliśmy, więc wystarczyło czasu tylko na 1 km rozgrzewki. Lepsze to niż nic :) Na biegu miało nie być pomiaru czasu, więc namówiłam Wojtka, żeby biegł ze mną. 

Wystartowaliśmy. Mieliśmy spróbować trzymać się tempa ok. 5:20 min/km. Pierwszy kilometr przebiegliśmy jednak znacznie szybciej, bo było mocno z górki. Potem zaczął się dość długi podbieg. Tam poczułam, że przeziębienie jednak trochę da się we znaki. Kolejny kilometr to znowu zbieg. I tak w kółko. Górki były pokaźne. Dość szybko dopadło mnie porządne zmęczenie, a oddech nie chciał się dać uspokoić. Dzień jak co tydzień ostatnio, pomyślałam sobie :) 



Trasa była malownicza - jak to moje okolice :) Z pięknymi widokami na góry. Było dość pochmurno, więc góry wyglądały nieco groźnie. Widoki trochę odciągały mnie od myśli, jak ciężko mi się biegnie. Niby nie było się co spinać, bo przecież biegliśmy nie dla wyniku, ale dla Kuby :) Ale mimo tego nie chciałam się poddawać.



Wiedziałam, że najgorszy podbieg czai się na końcu. Cały 9-ty kilometr trwał wieczność. Uda paliły, oddech nie chciał się uspokoić. Dobrze, że obok był Wojtek, bo inaczej pewnie bym to olała. A przy nim nie wypadało ;), więc znalazłam w sobie siłę i biegłam dalej. 

Nagrodą na koniec był zbieg. Odzyskiwałam siły, a Wojtek, jak to on, kazał mi jeszcze gonić jedną kobitkę. Coś mu się w końcu należało za to wsparcie psychiczne, więc na ostatnich nogach przygazowałam i ją wyprzedziłam. Pewnie już kiedyś wspominałam, że jestem dobra w zbiegach... ;) Więcej takich końcówek biegów poproszę :P



Na mecie dzieci przebrane w regionalne stroje wręczyły nam medale. Za metą już wygodna trawka, woda i cukierki. Uff, to był męczący bieg! Wynik 54:28. Czas z gremlina. 



Jak na taką trasę, jestem zadowolona. Poza tym wnikliwie analizując zdjęcia okazało się, że byłam czwartą kobietą na mecie na prawie 40 startujących. Mam tę moc! :D


Około 2-3 minuty później na metę wbiegł mój braciszek. Też go chyba wymęczyły te podbiegi. 


Ogólnie to wielkie brawa należą się organizatorom. Za chęci, za bardzo fajną organizację. Udało się zebrać całkiem pokaźną sumkę. Może w przyszłym roku uda się powtórzyć ten bieg, może na większą skalę. Wystarczy tylko ściągnąć jakiś pomiar czasu i od razu chętnych będzie 3 razy więcej. Ja tam pobiegnę chociażby nie było nawet listy startowej :)


Po biegu posililiśmy się jedzonkiem - dla każdego biegacza do wyboru była kiełbaska z grilla, frytki albo zupa. Większe imprezy powinny się uczyć od takich małych. Świetna sprawa. 


A więc mam nadzieję,  że do zobaczenia w Janowicach za rok!

piątek, 16 czerwca 2017

Raz Kozie Bieg - marzenia na wyciągnięcie ręki

Pod koniec maja właściwie zadebiutowałam w zawodach na dystansie 5 km. Fajnie to brzmi :) Piątka przestała być abstrakcją. W Sieprawiu jednak górzysta trasa sprawiła, że nie czułam do końca, co znaczy trzymać wysokie tempo przez 5 km. Tydzień później chciałam sprawdzić to więc w Dobczycach, na uroczym biegu Raz Kozie Bieg.

Grupa biegowa Rozbiegane Dobczyce jest bardzo charakterystyczna na różnych około-krakowskich imprezach. Świetnie kibicują, wszyscy w żółtych koszulkach. Na zeszłorocznym Krakowskim Biegu Sylwestrowym zrobili furorę. Fajni ludzie, to na pewno zorganizują fajny bieg. Obiecywali piękny medal. Czyli, że zostałam namówiona :)

Start był w niedzielę o 16:00. Całe przedpołudnie patrzyłam w niebo, szukając jakiejś deszczowo-burzowej chmurki. Jak na złość im bliżej biegu, tym chmurek było coraz mniej. Szykował się naprawdę gorący start. Pocieszaliśmy się, że to tylko piątka. Może nie zdążymy się aż tak zgrzać.

Na miejscu wszystko było fajnie zorganizowane. Szybki odbiór pakietów, ogarnięcie mety i startu - wszystko pod znakiem kozy. Numer startowy uroczy. Ale prawdziwą perełką miał być medal :)

Pucharki tematyczne. I złote kózki oczywiście :)

Na rozgrzewce odkryłam, że trasa jest niemalże płaściutka. Ale strasznie się zgrzałam. Będzie ciężko. Starty o 16:00 latem to nie to, co Hemli lubi najbardziej...

Tuż przed czwartą ustawiliśmy się na starcie. Plan: trzymać tempo 5:00 jak długo się da. O ile w ogóle ;)



I start. Początkowo bardzo szybko. Pierwszy kilometr faktycznie szybko, ciut poniżej 5:00. I potem zaczęło być ciężko. Tętno poszybowało w górę, słonko przygrzało.



Zwolniłam, ludzie zaczęli mnie wyprzedzać, pojawił się mały podbieg. Odpikał drugi kilometr, trochę lżej, bo w dół. Przebiegliśmy przez uroczy dobczycki rynek. 3-ci kilometr. Zaczęło się umieranie. Tempo już dawno było wolniejsze niz 5:00. Zaczęłam wyprzedzać ludzi, których też zniszczyło ciepełko i szli. Bieg ciągnął się w nieskończoność. Sapałam jak lokomotywa, a tempo na zegarku było coraz wolniejsze. Tempo półmaratonu, a tu nie da się nawet przyspieszyć.

Dopiero jak zobaczyłam metę w zasięgu wzroku, przyspieszyłam. Chociaż bolało to strasznie :) Wojtek kazał mi się rozglądać, jak będę biegła do mety, czy czasem nie wyprzedza mnie jakaś niewiasta. Rozejrzałam się. Niewiast nie było, ale i tak podkręciłam trochę tempo.

Umieranie wyższego stopnia, ostatnie metry :)

Wpadłam na metę. O jak dobrze, że już po wszystkim! Czas 25:55. Raczej nie mój czas na piątkę, ale w taki upał biorę w ciemno każdy czas. Medal, który zawisnął na mojej szyi faktycznie był piękny. Jeden z piękniejszych, jakie mam w swojej kolekcji :)



Po biegu jako posiłek regeneracyjny rozdawali drożdżówki - pychotka. Podpięliśmy się pod ekipę ITMBW i czekaliśmy na dekorację, bo Wojtek oczywiście wybiegał podium.




Po biegu odczytałam SMSa, w którym dostałam informację, że byłam 5-ta w swojej kategorii. Znaleźliśmy listy z wynikami i okazało się, że wybiegałam sobie dzisiaj pucharek. Tak umrzeć na trasie i jeszcze coś wybiegać! Niemożliwe ;)

Zaczekaliśmy więc obowiązkowo do dekoracji - Wojtek był 2. w open, a ja 3. w kategorii K20.


Jak widać szampańska zabawa :)
Świetne uczucie stanąć na podium. Strasznie się z tego cieszę. To ogromna motywacja do dalszej pracy nad szybszym bieganiem. Przekonałam się, że nie trzeba ciskać piątek poniżej 20 minut, żeby stanąć na podium. Trzeba tylko dać z siebie sporo - gdybym poddała się zmęczeniu, być może nie zajęłabym takiego miejsca. A bieganie w upałach chyba aż tak negatywnie na mnie nie wpływa... Tzn. wpływa, ale innym chyba bardziej przeszkadza ;)



Słowem podsumowania - niedziela spędzona w Dobczycach była świetna. Lokalny bieg, przygotowany z pasją. Wszystko się udało. Jak tylko Rozbiegane Dobczyce będą organizować jakiś bieg - piszemy się. A piątki... Są trudne, ale już się ich tak nie boję :)


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Biegowy maj 2017

Z majem nie wiązałam pod względem biegowym specjalnych nadziei. Po kwietniowym przestoju biegowym związanym z ITBSem chciałam po prostu wrócić do regularnego biegania. Do tego udało mi się na szczęście wrócić już z początkiem miesiąca. Na początku delikatne rozbiegania ze stopniowym zwiększaniem dystansu. Później już ostrożnie, zaczęłam działać coś więcej  na treningach.

W maju udało mi się przebiec 135 km. Nie dbałam o kilometraż, więc jak dla mnie to satysfakcjonująca ilość. 

A jak wyglądały moje majowe treningi?


Jak widać, zaczęłam trenowanie pod szybsze bieganie i krótsze starty. W moją biegową codzienność wplotłam przebieżki, rytmy i interwały. Bardzo lubię szybsze treningi. Są też krótsze - miła odmiana od przedmaratońskiego tłuczenia kilometrów. 

Przy pierwszych treningach w nogach wychodziło nieprzyzwyczajenie do szybszego tempa. Teraz już jest lepiej. Próbuję nauczyć się biegać poniżej 5:00 min/km, co na dłuższych odcinkach ciągle jest dla mnie problemem. Ale wierzę, że dzięki systematycznemu treningowi, w końcu się nauczę.



Z racji tego, że biegania jest trochę mniej niż było jeszcze z 2 miesiące temu, dość sporo czasu poświęcam na ćwiczenia uzupełniające. Postanowiłam zaeksperymentować i robię głównie te ćwiczenia, których najbardziej nie lubię, czyli planki, nożyce, scyzoryk, itp, itd. Boli, ale już widzę, że podchodzę do nich z trochę mniejszą niechęcią. Wyszłam z założenia, że jeśli najbardziej ich nie lubią, to są to moje słabe punkty. Zobaczymy jak to przełoży się na bieganie ;)

W mój nowy plan treningowy udało mi się wpleść też trzy starty. W połowie miesiąca pobiegłam na dyszkę w Biegu Skawińskim. Chciałam sprawdzić, w ile uda mi się przebiec dyszkę po przerwie. Wykorzystałam Wojtka jako pacemakera i osiągnęłam całkiem zadowalający wynik 52:30, poprawiając życiówkę o 2 sekundy ;)



W ostatni weekend maja pobiegłam swój pierwszy bieg na piątkę w Sieprawiu. Krótsze dystanse to dopiero jest wyzwanie ;) Umęczyłam się jak cholera, a kolejnego dnia dołożyłam jeszcze startem na dyszkę w Biegu Swoszowickim. Ten bieg rozłożył mnie na łopatki. Nie pamiętam, gdzie ostatnio aż tak mnie sponiewierało :D Nie były to biegi na życiówkę. Ale za to ciekawe doświadczenie. I porcja siły biegowej chyba na dwa tygodnie...



Ze zmian, cały czas pracuję nad techniką biegu. Szczególnie jak biegnę szybko, albo jestem mocno zmęczona, technika lubi się gubić. Poza tym, za namową Wojtka, wprowadziłam rozgrzewkę przed każdymi zawodami. Do tej pory robiłam to bardzo na odpieprz, 5 minut biegu i z głowy. Jeszcze nie wiem czy pomaga. Ale wierzę, że na pewno nie szkodzi ;)

Podjęłam jeszcze jedną dość istotną decyzję. Zrezygnowałam z jesiennego maratonu. Nie da się robić wszystkiego naraz. A teraz wolałabym skupić się na treningach szybkościowych, a nie zamulać się treningiem maratońskim. Na to jeszcze przyjdzie czas. A poza tym, na pewno łatwiej będzie mi w przyszłości zwojować coś na maratonie, jak na krótszych dystansach będę umiała trochę przygazować :)

A co w czerwcu?

Przede wszystkim kontynuacja treningu pod szybkość i starty na krótszych dystansach. I oby to wszystko w zdrowiu, z dala od kontuzji. Przede wszystkim chcę cieszyć się bieganiem. Póki co właśnie tak jest :)