sobota, 15 lipca 2017

Bieg Uliczny w Oświęcimiu - tolerancja na sportowo

Wraz z kolejnym czerwcowym weekendem czekały nas kolejne zawody. Jedne na weekend to już za mało ;) A więc w sobotę rano zmierzaliśmy w stronę Oświęcimia, żeby wziąć udział w Biegu Ulicznym - Tolerancja na sportowo.

Co za dużo startów to jednak niezdrowo. Wojtek zarzekał się rano, że nigdzie nie chce mu się biec. Ja nie miałam aż tak negatywnego nastawienia, ale czułam, że wiele tego dnia nie zdziałam.

Bieg w Oświęcimiu odbywa się przy Life Festiwalu, o którym istnieniu wcześniej nie miałam w sumie pojęcia. Idea jest bardzo fajna - promowanie aktywności u wszystkich, oprócz biegów na 5 i 10 km był też bieg rodzinny i wyścig na rolkach. Czyli już całkiem spora imprezka. Przed biegiem ze sceny Robert Korzeniowski zachęcał do porzucenia kanapy i telewizora na rzecz jakiejś aktywności. Popieram. Dodałabym do tego tylko jeszcze fejsbuka :)



Na starcie czuliśmy, że słonko zaczyna przygrzewać. Pogodny, czerwcowy dzień, czegóż więc się spodziewać? Wcześniej na rozgrzewce tętno było zdecydowanie zbyt wysokie, niż bym sobie tego życzyła. A raczej się nie stresowałam.

Ruszyliśmy o 10:00. Razem biegi na 5 i na 10 kilometrów. Początek biegło mi się zaskakująco dobrze, pierwsze dwa kilometry były dość szybkie. Na trzecim jednak poczułam, że z siłami będzie dzisiaj raczej kiepsko. A tu jeszcze tyle czasu przede mną...

Gdzieś w okolicach 3-go kilometra minęłam Wojtka, który biegł w drugą stronę. Zdecydował się na start na 5-kę, ja biegłam 10-kę. Dobiegając do 5-go kilometra wiedziałam jednak, że ten bieg będzie walką ze sobą. I że nie zdziwię się, jak będę się potem toczyć 6:15 min/km :) Żałowałam, że nie wybrałam piątki, ale powiedziało się A...To trzeba biec dalej ;)



Na 5,5 km dorwałam się do wodopoju. To akurat trochę do zarzucenia organizatorom - bieg w upale, a tylko jeden punkt z wodą? Porwałam całą butelkę, połowę na siebie wylałam. Oczywiście nie pomogło.

Przed kolejne kilometry sapałam, dyszałam, a tętno było zdecydowanie nie-dyszkowe. Na zawrotce strażacy polewali biegaczy ze szlaufa - wbiegłam pod się trochę ochłodzić, a tu wpadł na mnie jakiś biegacz i razem zwaliliśmy się na ziemię. Stłukłam sobie kolano, ale biec się dało ;)



Niestety nie przeżyłam żadnego katharsis podczas biegu i domęczyłam go tylko do końca. Miałam wrażenie, że wbiegam na metę jako jedna z ostatnich. I najbardziej zmęczonych. Na szczęście tak nie było :) Pokonałam tą dyszkę w 55:20



Kiepski wynik jak na mnie, tym bardziej, że trasa była płaska jak stół i jakbym tylko pobiegła ją w innych warunkach atmosferycznych, pewnie udałoby się nawet wybiegać życiówkę... Ale cóż. To nie był mój dzień :)


Za to Wojtek, pomimo negatywnego nastawienia zajął 3-cie miejsce w biegu na 5 km :) Dyplom i gratulacje wręczał mu sam Robert Korzeniowski. 



Jako nagrodę dostał bilet na Life Festiwal i w ten sposób tego wieczoru znaleźliśmy się jeszcze na koncercie Scorpionsów :)


Pomijając mój występ, zawody były całkiem sympatyczne :) Bardzo pozytywna atmosfera. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

IX Bieg w Pogoni za Żubrem - gdzie się schował żubr?

Namnożyło się ostatnio u nas startów. Weekend = gdzieś startujemy. Na połowę czerwca zaplanowaliśmy odwiedziny w Niepołomicach na IX Biegu w Pogoni za Żubrem. Spodziewaliśmy się upału, a tu proszę - chłodno, przyjemnie. Kto zamawiał pogodę? :)

Niepołomice to urocze miasteczko. Łatwo się w nim odnaleźliśmy. Start był właściwie w samiuśkim centrum, koło rynku. Biegaczy mnóstwo. Rozgrzewka na spokojnie, jakiś pan tylko mnie pod koniec zaczepił i mówił, żebym odpuściła rozgrzewkę, bo to męczenie nóg. A ja wiem? Na pewno nie ma co przesadzać, ale dla zdrowia chyba lepiej ją zrobić, żeby nogi nie miały szoku, jak wrzucę startowe tempo "z marszu". A więc standardowo 12 min OWB1 + przebieżki. 


Start był jednocześnie dla 15 km i 8 km. My przyszykowaliśmy się na ten krótszy dystans. Plan miałam jak to ostatnio ambitny. Trzymać 5:00-5:05 jak długo się da. 

Start i ruszyli! Początek mocno, ale było płasko, momentami nawet z górki. Pierwszy kilometr wzorcowo 4:59. Potem wg. samopoczucia trochę zwolniłam i wyszło 5:05. 

Na początku wszyscy ciskają 4:55 :)

Potem wbiegliśmy w las i tempo zaczęło spadać. Trzeci jeszcze w miarę utrzymałam, ale potem zaczął się przełaj i za cholerę nie dało się biec szybko. Oddech nie ten, tętno nie to... Jednak jest spora różnica między asfaltem a leśnymi ścieżkami.



Przemęczyłam tak ok. 3 kilometry. Nasapałam się, a biegłam bardzo wolno. Na 6,5 km wbiegliśmy z powrotem na asfalt. Chwilę mi zajęło zanim doszłam do siebie. Ale jak już troszkę odpoczęłam, przyspieszyłam. Znowu zbliżyłam się do założonego tempa. 8. kilometr przebiegłam z tempem 5:02. Na ostatnich 100 metrach jeszcze trochę sprintu i meta. Ależ upragniona :)

Lewy rękawek nie chciał współpracować :)

Wbiegłam na metę z czasem 42:20. Ciężko było. Ale warto, bo wśród kobiet byłam 20 na 206 startujących. Miejsce nie jest najważniejsze, ale taka wysoka jak na mnie lokata dodaje skrzydeł i pozwala uwierzyć we własne możliwości. Biegowo dość długo w siebie nie wierzyłam. Ale teraz już chyba wierzę :)



Na krótkich biegach nie da się chyba czuć komfortowo. Jeśli tak jest, to raczej biegnie się zapobiegawczo. Oczywiście, tak też można. Ale ja tego dnia miałam ochotę na ciskanie :)

Wojtek wybiegał 2. miejsce w M30. Ja co prawda nie wróciłam do domu z żadnym pucharkiem, ale za to z pięknym medalem i dużą satysfakcją. Zostaliśmy na całą dekorację, która była strasznie długa, bo trwała aż dwie godziny. Poza tym jednak zawody bardzo fajne. 



Godne polecenia, tylko nie jest to z pewnością szybka trasa. Przełaj mocno spowalnia. Co ciekawe, u Wojtka tempo rozkładało się identycznie jak u mnie - zwalnialiśmy na tych samych kilometrach.



A więc, być może do zobaczenia za rok w Niepołomicach! :)



środa, 21 czerwca 2017

Bieg dla Kuby - dyszka w szczytnym celu

Janowice to taka mała miejscowość, całkiem blisko moich rodzinnych Czechowic. A więc prawie jak w domu. Na tyle jednak duża, że grupka biegających tam ludzi zdecydowała się zorganizować tam imprezę biegową z pięknym celem - zbiórka pieniędzy dla chorego na autyzm Kuby. Nie mogło mnie tam oczywiście zabraknąć. Namówiłam kogo się dało - czytaj Wojtka i Marcina ;)

Niestety dwa dni przed startem złapało mnie przeziębienie. Zatkany nos i bolące gardło to nie koniec świata, do tego jest ciepło, stwierdziłam, i postanowiłam biegać jak gdyby nigdy nic. Całkiem nieźle to wyszło. W sobotę rano z drobnymi przygodami zjawiliśmy się w Janowicach. Na miejscu zastaliśmy mały festyn - oprócz głównego biegu na 10 km, w którym braliśmy udział, odbywał się też bieg rodzinny na 3,5 km i rajd rowerowy. Więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie :)

Odebraliśmy numer startowy i króciutko się przygotowaliśmy. Trochę się spóźniliśmy, więc wystarczyło czasu tylko na 1 km rozgrzewki. Lepsze to niż nic :) Na biegu miało nie być pomiaru czasu, więc namówiłam Wojtka, żeby biegł ze mną. 

Wystartowaliśmy. Mieliśmy spróbować trzymać się tempa ok. 5:20 min/km. Pierwszy kilometr przebiegliśmy jednak znacznie szybciej, bo było mocno z górki. Potem zaczął się dość długi podbieg. Tam poczułam, że przeziębienie jednak trochę da się we znaki. Kolejny kilometr to znowu zbieg. I tak w kółko. Górki były pokaźne. Dość szybko dopadło mnie porządne zmęczenie, a oddech nie chciał się dać uspokoić. Dzień jak co tydzień ostatnio, pomyślałam sobie :) 



Trasa była malownicza - jak to moje okolice :) Z pięknymi widokami na góry. Było dość pochmurno, więc góry wyglądały nieco groźnie. Widoki trochę odciągały mnie od myśli, jak ciężko mi się biegnie. Niby nie było się co spinać, bo przecież biegliśmy nie dla wyniku, ale dla Kuby :) Ale mimo tego nie chciałam się poddawać.



Wiedziałam, że najgorszy podbieg czai się na końcu. Cały 9-ty kilometr trwał wieczność. Uda paliły, oddech nie chciał się uspokoić. Dobrze, że obok był Wojtek, bo inaczej pewnie bym to olała. A przy nim nie wypadało ;), więc znalazłam w sobie siłę i biegłam dalej. 

Nagrodą na koniec był zbieg. Odzyskiwałam siły, a Wojtek, jak to on, kazał mi jeszcze gonić jedną kobitkę. Coś mu się w końcu należało za to wsparcie psychiczne, więc na ostatnich nogach przygazowałam i ją wyprzedziłam. Pewnie już kiedyś wspominałam, że jestem dobra w zbiegach... ;) Więcej takich końcówek biegów poproszę :P



Na mecie dzieci przebrane w regionalne stroje wręczyły nam medale. Za metą już wygodna trawka, woda i cukierki. Uff, to był męczący bieg! Wynik 54:28. Czas z gremlina. 



Jak na taką trasę, jestem zadowolona. Poza tym wnikliwie analizując zdjęcia okazało się, że byłam czwartą kobietą na mecie na prawie 40 startujących. Mam tę moc! :D


Około 2-3 minuty później na metę wbiegł mój braciszek. Też go chyba wymęczyły te podbiegi. 


Ogólnie to wielkie brawa należą się organizatorom. Za chęci, za bardzo fajną organizację. Udało się zebrać całkiem pokaźną sumkę. Może w przyszłym roku uda się powtórzyć ten bieg, może na większą skalę. Wystarczy tylko ściągnąć jakiś pomiar czasu i od razu chętnych będzie 3 razy więcej. Ja tam pobiegnę chociażby nie było nawet listy startowej :)


Po biegu posililiśmy się jedzonkiem - dla każdego biegacza do wyboru była kiełbaska z grilla, frytki albo zupa. Większe imprezy powinny się uczyć od takich małych. Świetna sprawa. 


A więc mam nadzieję,  że do zobaczenia w Janowicach za rok!

piątek, 16 czerwca 2017

Raz Kozie Bieg - marzenia na wyciągnięcie ręki

Pod koniec maja właściwie zadebiutowałam w zawodach na dystansie 5 km. Fajnie to brzmi :) Piątka przestała być abstrakcją. W Sieprawiu jednak górzysta trasa sprawiła, że nie czułam do końca, co znaczy trzymać wysokie tempo przez 5 km. Tydzień później chciałam sprawdzić to więc w Dobczycach, na uroczym biegu Raz Kozie Bieg.

Grupa biegowa Rozbiegane Dobczyce jest bardzo charakterystyczna na różnych około-krakowskich imprezach. Świetnie kibicują, wszyscy w żółtych koszulkach. Na zeszłorocznym Krakowskim Biegu Sylwestrowym zrobili furorę. Fajni ludzie, to na pewno zorganizują fajny bieg. Obiecywali piękny medal. Czyli, że zostałam namówiona :)

Start był w niedzielę o 16:00. Całe przedpołudnie patrzyłam w niebo, szukając jakiejś deszczowo-burzowej chmurki. Jak na złość im bliżej biegu, tym chmurek było coraz mniej. Szykował się naprawdę gorący start. Pocieszaliśmy się, że to tylko piątka. Może nie zdążymy się aż tak zgrzać.

Na miejscu wszystko było fajnie zorganizowane. Szybki odbiór pakietów, ogarnięcie mety i startu - wszystko pod znakiem kozy. Numer startowy uroczy. Ale prawdziwą perełką miał być medal :)

Pucharki tematyczne. I złote kózki oczywiście :)

Na rozgrzewce odkryłam, że trasa jest niemalże płaściutka. Ale strasznie się zgrzałam. Będzie ciężko. Starty o 16:00 latem to nie to, co Hemli lubi najbardziej...

Tuż przed czwartą ustawiliśmy się na starcie. Plan: trzymać tempo 5:00 jak długo się da. O ile w ogóle ;)



I start. Początkowo bardzo szybko. Pierwszy kilometr faktycznie szybko, ciut poniżej 5:00. I potem zaczęło być ciężko. Tętno poszybowało w górę, słonko przygrzało.



Zwolniłam, ludzie zaczęli mnie wyprzedzać, pojawił się mały podbieg. Odpikał drugi kilometr, trochę lżej, bo w dół. Przebiegliśmy przez uroczy dobczycki rynek. 3-ci kilometr. Zaczęło się umieranie. Tempo już dawno było wolniejsze niz 5:00. Zaczęłam wyprzedzać ludzi, których też zniszczyło ciepełko i szli. Bieg ciągnął się w nieskończoność. Sapałam jak lokomotywa, a tempo na zegarku było coraz wolniejsze. Tempo półmaratonu, a tu nie da się nawet przyspieszyć.

Dopiero jak zobaczyłam metę w zasięgu wzroku, przyspieszyłam. Chociaż bolało to strasznie :) Wojtek kazał mi się rozglądać, jak będę biegła do mety, czy czasem nie wyprzedza mnie jakaś niewiasta. Rozejrzałam się. Niewiast nie było, ale i tak podkręciłam trochę tempo.

Umieranie wyższego stopnia, ostatnie metry :)

Wpadłam na metę. O jak dobrze, że już po wszystkim! Czas 25:55. Raczej nie mój czas na piątkę, ale w taki upał biorę w ciemno każdy czas. Medal, który zawisnął na mojej szyi faktycznie był piękny. Jeden z piękniejszych, jakie mam w swojej kolekcji :)



Po biegu jako posiłek regeneracyjny rozdawali drożdżówki - pychotka. Podpięliśmy się pod ekipę ITMBW i czekaliśmy na dekorację, bo Wojtek oczywiście wybiegał podium.




Po biegu odczytałam SMSa, w którym dostałam informację, że byłam 5-ta w swojej kategorii. Znaleźliśmy listy z wynikami i okazało się, że wybiegałam sobie dzisiaj pucharek. Tak umrzeć na trasie i jeszcze coś wybiegać! Niemożliwe ;)

Zaczekaliśmy więc obowiązkowo do dekoracji - Wojtek był 2. w open, a ja 3. w kategorii K20.


Jak widać szampańska zabawa :)
Świetne uczucie stanąć na podium. Strasznie się z tego cieszę. To ogromna motywacja do dalszej pracy nad szybszym bieganiem. Przekonałam się, że nie trzeba ciskać piątek poniżej 20 minut, żeby stanąć na podium. Trzeba tylko dać z siebie sporo - gdybym poddała się zmęczeniu, być może nie zajęłabym takiego miejsca. A bieganie w upałach chyba aż tak negatywnie na mnie nie wpływa... Tzn. wpływa, ale innym chyba bardziej przeszkadza ;)



Słowem podsumowania - niedziela spędzona w Dobczycach była świetna. Lokalny bieg, przygotowany z pasją. Wszystko się udało. Jak tylko Rozbiegane Dobczyce będą organizować jakiś bieg - piszemy się. A piątki... Są trudne, ale już się ich tak nie boję :)


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Biegowy maj 2017

Z majem nie wiązałam pod względem biegowym specjalnych nadziei. Po kwietniowym przestoju biegowym związanym z ITBSem chciałam po prostu wrócić do regularnego biegania. Do tego udało mi się na szczęście wrócić już z początkiem miesiąca. Na początku delikatne rozbiegania ze stopniowym zwiększaniem dystansu. Później już ostrożnie, zaczęłam działać coś więcej  na treningach.

W maju udało mi się przebiec 135 km. Nie dbałam o kilometraż, więc jak dla mnie to satysfakcjonująca ilość. 

A jak wyglądały moje majowe treningi?


Jak widać, zaczęłam trenowanie pod szybsze bieganie i krótsze starty. W moją biegową codzienność wplotłam przebieżki, rytmy i interwały. Bardzo lubię szybsze treningi. Są też krótsze - miła odmiana od przedmaratońskiego tłuczenia kilometrów. 

Przy pierwszych treningach w nogach wychodziło nieprzyzwyczajenie do szybszego tempa. Teraz już jest lepiej. Próbuję nauczyć się biegać poniżej 5:00 min/km, co na dłuższych odcinkach ciągle jest dla mnie problemem. Ale wierzę, że dzięki systematycznemu treningowi, w końcu się nauczę.



Z racji tego, że biegania jest trochę mniej niż było jeszcze z 2 miesiące temu, dość sporo czasu poświęcam na ćwiczenia uzupełniające. Postanowiłam zaeksperymentować i robię głównie te ćwiczenia, których najbardziej nie lubię, czyli planki, nożyce, scyzoryk, itp, itd. Boli, ale już widzę, że podchodzę do nich z trochę mniejszą niechęcią. Wyszłam z założenia, że jeśli najbardziej ich nie lubią, to są to moje słabe punkty. Zobaczymy jak to przełoży się na bieganie ;)

W mój nowy plan treningowy udało mi się wpleść też trzy starty. W połowie miesiąca pobiegłam na dyszkę w Biegu Skawińskim. Chciałam sprawdzić, w ile uda mi się przebiec dyszkę po przerwie. Wykorzystałam Wojtka jako pacemakera i osiągnęłam całkiem zadowalający wynik 52:30, poprawiając życiówkę o 2 sekundy ;)



W ostatni weekend maja pobiegłam swój pierwszy bieg na piątkę w Sieprawiu. Krótsze dystanse to dopiero jest wyzwanie ;) Umęczyłam się jak cholera, a kolejnego dnia dołożyłam jeszcze startem na dyszkę w Biegu Swoszowickim. Ten bieg rozłożył mnie na łopatki. Nie pamiętam, gdzie ostatnio aż tak mnie sponiewierało :D Nie były to biegi na życiówkę. Ale za to ciekawe doświadczenie. I porcja siły biegowej chyba na dwa tygodnie...



Ze zmian, cały czas pracuję nad techniką biegu. Szczególnie jak biegnę szybko, albo jestem mocno zmęczona, technika lubi się gubić. Poza tym, za namową Wojtka, wprowadziłam rozgrzewkę przed każdymi zawodami. Do tej pory robiłam to bardzo na odpieprz, 5 minut biegu i z głowy. Jeszcze nie wiem czy pomaga. Ale wierzę, że na pewno nie szkodzi ;)

Podjęłam jeszcze jedną dość istotną decyzję. Zrezygnowałam z jesiennego maratonu. Nie da się robić wszystkiego naraz. A teraz wolałabym skupić się na treningach szybkościowych, a nie zamulać się treningiem maratońskim. Na to jeszcze przyjdzie czas. A poza tym, na pewno łatwiej będzie mi w przyszłości zwojować coś na maratonie, jak na krótszych dystansach będę umiała trochę przygazować :)

A co w czerwcu?

Przede wszystkim kontynuacja treningu pod szybkość i starty na krótszych dystansach. I oby to wszystko w zdrowiu, z dala od kontuzji. Przede wszystkim chcę cieszyć się bieganiem. Póki co właśnie tak jest :)

wtorek, 6 czerwca 2017

5. Bieg Swoszowicki - historia jednego podbiegu

Na biegową końcówkę maja miałam dwa pomysły - Bieg Swoszowicki albo Bieg Fiata. Padło jednak na to pierwsze. Wybrałam sobie dyszkę, Wojtek piątkę. Taki fajny bieg, a zaledwie 3 kilometry od domu. Do Swoszowic biegowo zawsze było nam jednak jakoś nie po drodze. Trzeba było więc to zmienić :)

Jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, od razu dało się wyczuć świetny klimat imprezy. Coś a la rodzinny festyn biegowy - pogoda dopisywała, na miejscu mnóstwo ludzi. Biegi były dla każdego - bieg na milę, na piątkę, biegi dla dzieci i bieg główny na 10 kilometrów. Spędziliśmy tam prawie cały dzień. Najpierw kibicowaliśmy, a potem sami wyciskaliśmy siódme poty na pagórkowatych trasach. Świetna inicjatywa - imprezy ITMBW to jest to :)



O 14:00 odbywał się bieg na 5 kilometrów. Czas więc na Wojtka. Miało być płasko, ale nie było, trzy pętelki momentami mogły dać w kość ;) Mimo to Wojtek nie miał sobie równych i wygrał tą piątkę. Ten to ma parę w nogach!

Wojtek na prowadzeniu... ;) Zupełnie przeczy stereotypowi, ze czołówka jest nudna i nie pozuje do zdjęć :D
Trasa piątki prowadziła za to częściowo parkiem, w cieniu. Tego dnia słonko trochę przygrzewało. Tego się obawiałam. Czekała mnie męcząca dyszka w upale. Ale przecież sama tego chciałam ;)

Podczas rozgrzewki spotkałam znajomego, który startował w Swoszowicach już po raz 5-ty. Mówił, ze ten bieg nadaje się do Grand Prix w biegach górskich. E, żeby było aż tak ciężko? Wiedziałam, że na ok. 3-4 kilometrze zaczyna się ciężki podbieg. Ale chyba nie będzie tak strasznie, co nie? Rozgrzewkę biegło mi się całkiem lekko.


Na starcie powiedziałam Wojtkowi w żartach: do zobaczenia za wieczność! Oj, jakbym przeczuwała mój los... ;)



I start! Na początku było całkiem dobrze. Z reguły na pierwszym kilometrze na zawodach wszyscy mnie wyprzedzają, a tutaj było inaczej. Czyżby biegacze przejęli się trudną  trasą i zrezygnowali z dzikiego pędu na początku? Nie chce się wierzyć ;) A może to ja pędziłam? Pierwsze dwa kilometry były dość szybkie. Nawet trochę za szybkie. Ale było parę zbiegów, trzeba było je wykorzystać, pomyślałam. Jednak bardzo szybko zaczęło robić się ciężko. Na 3-cim km czułam, że zaczynam się gotować. Słońce pali. Asfalt ma chyba ze 100 stopni.



I wtedy go zobaczyłam. Podbieg. Aha, to TEN podbieg! Swoją drogą, który bieg nie ma swojego popularnego podbiegu? 18-ty kilometr na Żywieckim, eliminator na Czechowickim... Pamiętam, jak na Żywieckim pytałam się ludzi, czy to już ten podbieg. Tutaj nie musiałam się pytać. Było to widać gołym okiem ;)

Podbieg-gigant ciągnął się ze 2 kilometry. Zdążyłam przez ten czas ponownie się ugotować, złapać mega wysokie tętno, nogi zrobiły się jak z waty. Pomyślałam sobie: i to tak dla przyjemności?? 

Kiedy w końcu górka się skończyła, na zegarku nie miałam nawet 5-tego kilometra. I jak tu znaleźć siłę na kolejne pół godziny biegu? Na zbiegu dałam się ponieść nogom i popędziłam na złamanie karku. Chociaż zastanawiałam się, czy przy którymś tam kroku nogi nie ugną się pode mną i nie zaryję ryjkiem w kamory. Powyprzedzałam trochę ludzi. No cóż, każdy jest dobry w czymś innym. Ja muszę nadrabiać na zbiegach ;)

Zbieg się skończył, i co dalej? 6-ty kilometr, a ja nadal czuję, że nie mam siły! Że nic nie odpoczęłam. Zaczęło się umieranie. I trwało ono do samej mety. Walka ze sobą, zmuszanie się do biegu. Tempo nie chciało się dać  utrzymać. Nie wspominając o technice biegania. Czułam, że jest fatalna. Nogi latały na boki, ręce jak u kurczaka. Ale nic nie dało się z tym zrobić :) Biegłam i wstyd mi było, że tak umieram. Miał być spoko bieg w miarę luźnym tempie... A ja tu mam problemy z utrzymaniem 5:30! Na punkcje odżywczym wylałam na siebie cały kubek wody. Pomogło tylko pozornie.

Na ostatnich podbiegach totalnie się poddałam. Jak były w cieniu, biegłam. A jak w słońcu, szłam. Iść w biegu na dyszkę?! Trochę wstyd, no nie? Że niby aż tak źle?



Trasa ciągnęła się w nieskończoność. Liczyłam podbiegi, ale jakoś mi to nie szło. Zegarek odpikał 9-ty kilometr. No to chyba już nie zemdleję :) Na koniec wykrzesałam z siebie trochę sił i przygrzałam. Meta. Zatoczyłam się gdzieś po wodę, usiadłam na chodniku i dochodziłam do siebie z 5 minut. Taka tam fajna dyszka! Czas 55:51. Prawie godzina walki :)


Zamiast zdjęcia "finishera"-triumfatora, mam to. Prawdziwe aż do bólu :)

Międzyczasy. I od razu widać, gdzie były największe podbiegi :)

Po biegu czekał na biegaczy jeden z najlepszych posiłków regeneracyjnych, jakie jadłam - makaron z sosem truskawkowym! Pychota! Makaron i piwko postawiło mnie na nogi. Odczekaliśmy do dekoracji, Wojtek wskoczył na podium i zdobył kolejny puchar do kolekcji.


Mi pozostał medal i piwko. Takie nagrody po biegu też lubię :)



Na początku było mi trochę wstyd, że tak umarłam na trasie. Ale potem jak zobaczyłam ludzi, którzy wpadają na metę, to mi przeszło. Chyba każdy się mocno wymęczył na tym biegu. Taki jego urok. Chciałabym wrócić na tą trasę w trochę chłodniejszych okolicznościach. Mam tam całkiem blisko, więc kto wie, na jesień pewnie odnajdę ten podbieg i zmierzę się z nim ponownie ;)

Jeśli chodzi o organizację, to impreza naprawdę świetna. Biegi organizowane przez ITMBW to jest klasa sama w sobie. Kolejny, na który się wybieram to wrześniowy Biegiem na Zakrzówek. Mam nadzieję tylko, że będzie trochę chłodniej :)

czwartek, 1 czerwca 2017

IV Sieprawska Piątka - diabeł wcielony

W końcu, po paru latach biegania dojrzałam do startu na krótszym dystansie. Przebiec dwa razy maraton, a nie biec jeszcze nigdy prawdziwej piątki na zawodach? Da się. Jeszcze do zeszłej soboty byłam tego chodzącym (czy tam biegającym) przykładem.

Po maratonie i wykaraskaniu się z kontuzji weszłam jednak w trochę inny świat biegania. Szybkiego, męczącego. Start na piątkę musiał więc wpisać się w ten scenariusz. Wojtek znalazł jakiś mały, lokalny bieg, kilkanaście kilometrów od domu. W miejscowości o nazwie Siepraw. 

Bałam się tej piątki jak cholera. Nie umiem biegać takich dystansów. W sumie to prawie w ogóle nie próbowałam ;) Nigdy nie byłam na parkrunie (w sobotę muuszę się wyspać), a na osiedlu ze dwa razy zmusiłam się do szybszej piątki. Toteż zbytnio nie wiedziałam, jak ten bieg ugryźć.

Na miejscu wszystko było fajnie zorganizowane. Szybko odebraliśmy pakiety, ogarnęliśmy start i zabraliśmy się za rozgrzewkę. Ja truchtałam wokół boiska, a Wojtek poszedł na mały rekonesans trasy. Wrócił ze średnimi wiadomościami. Będzie ciężko. Na pierwszym kilometrze trasa dęba staje! Stwierdził. No to ładnie. A Wojtek z reguły nie przesadza.



Start był o 13:00. Akurat słonko wyłoniło się zza chmur. Temperatura była znośna, ale troszkę grzało. Na starcie wydawało mi się, że ludzi jest bardzo mało. No cóż, może nie będę wśród ostatnich :)

I start. Na 200 metrze pierwsze zderzenie z urokami trasy, czyli mały, ale konkretny podbieg. Tętno skoczyło. Potem nie wypadało biec wolno, więc tempo trzeba było trzymać z 4 z przodu. Potem, za ciosem, kolejny podbieg. Konkretny. Niektórzy zdecydowali się na przejście do marszu. Trochę się z nich podśmiewałam pod nosem, że nie wypada maszerować w ulicznym biegu na piątkę (ten się śmieje... no cóż, kolejnego dnia mnie pokarało :) ). Za podbiegiem zegarek odpikał pierwszy kilometr. Nogi już trochę z waty, a tu trzeba było cisnąć w dół. No to ciśniemy. To piątka, nie ma czasu na odpoczynek!

Odcinek w dół dał trochę odpocząć, ale za nim był kolejny niemały podbieg, i kolejny, i kolejny... Niestety tempo z czwórką z przodu pojawiało się później tylko na zbiegach. Po 3,5 kilometrze nawet na zbiegach ciężko mi było się tak rozpędzić. Górki się niestety nie kończyły, a płuca potrzebowały coraz więcej tlenu. Zegarek odpikał 4-ty kilometr. Jeszcze tylko jeden do końca. Tylko jak tu go przetrwać i nie zwątpić... :)

Do mety pozostał ostatni większy podbieg, to wiedziałam. Sama nie wiem jak się na tą górkę wtoczyłam. Na  górze miałam wrażenie, że się zataczam :) Całe szczęście, że znalazłam jeszcze trochę sił i ostatni zbieg pokonałam z tempem z trójką z przodu, wyprzedzając przy okazji jakąś kobitkę. Co jak co, ale w zbiegach jestem mistrzem :) 

Za metą dosłownie padłam na ryjek. Ciężka była ta piątka. Czas niestety w ogóle nie oddaje tego, ile sił mnie kosztowało, żeby go uzyskać. Na dystansie 5,34 km (jak widać, niezbyt kojarzyłam na końcu co się dzieje, bo nawet nie wiedziałam, że było ciut dłużej) uzyskałam czas 27:49. Żeby nie wyszło, że jestem takim żółwiem dodam, że byłam piąta w swojej kategorii. Czyli suma summarum - jestem z tego mojego wymęczonego wyniku zadowolona :) Bardzo zachęcające miejsce jak na początek moich prób szybszego biegania.



Wojtkowi udało się zająć 4-te miejsce w open i 3-cie w swojej kategorii. 

Jak ktoś lubi trasy dające w kość to polecam Siepraw. Nie będziecie się nudzić ;) Ale na życiówkę zdecydowanie się ta trasa nie nadaje. Atmosfera biegu była za to całkiem sympatyczna, swojska. Uroczy medal. Coraz bardziej doceniam takie małe imprezy. Tanie wpisowe, skromny pakiet startowy, ale za to brak tłumów na trasie. I mnóstwo fajnych miejsc do odkrycia. Co jak co, ale te Sieprawskie górki są bardzo widokowe.

Po piątce w Sieprawiu czekało nas jeszcze starcie z górkami w Swoszowicach dzień później... Ale o tym kolejnym razem :) 

czwartek, 18 maja 2017

XV Bieg Skawiński - wracam do gry

Pomysł na udział w Biegu Skawińskim pojawił się dosłownie ze 3 dni przed biegiem. Dowiedziałam się, że Półmaraton Andrychowski jest odwołany. Z jednej strony było mi szkoda, bo bardzo podobał mi się pomysł tej imprezy, pod Beskidem Małym. Niestety organizator z powodu braku wszystkich zgód na organizację biegu musiał imprezę odwołać. Nie jestem mocno zbulwersowana, jak część biegaczy. I mam nadzieję, że w przyszłym roku spróbują zorganizować ten półmaraton na nowo. Wcale się nie zraziłam ;) Z drugiej strony jednak trochę mi to było na rękę, że ten półmaraton się nie odbył. Z moim kolanem już całkiem dobrze i pewnie bym wystartowała. Ale nie chciałam go narażać na aż taki dystans. Dlatego jak tylko dowiedziałam się, że impreza się nie odbędzie, zaczęłam szukać jakiejś dyszki w okolicach. Padło na Bieg Skawiński. Blisko, fajna trasa, zaskakująco niskie wpisowe. No to jedziemy!

Na start namówiłam Wojtka. Chciałam zobaczyć, w którym miejscu jestem, jeśli chodzi o szybsze bieganie i ile straciłam przez przymusową labę spowodowaną ITBS. Nie biegałam szybko chyba już z pół roku, nie licząc pojedynczych akcentów w treningu maratońskim, które robiłam raczej dla odmulenia nóg, niż żeby cokolwiek budować ;) Wojtek miał spróbować trzymać razem ze mną tempo 5:15 i spróbować powtórzyć czas, który wyciągnęłam na Czechowickim Biegu Niepodległości w zeszłym roku. Nie wiedziałam, czy się uda. Ale jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz ;)



Na miejsce przyjechaliśmy godzinę przed startem biegu. Wszystko poszło sprawnie, dostaliśmy bogaty pakiet startowy. Biuro zawodów, start i meta były w przepięknym parku, o którego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Za namową Wojtka zrobiłam rozgrzewkę, 12 minut spokojnego biegu, przebieżki i rozciąganie. Rozgrzani poszliśmy na miejsce startu. 



Odliczanie i biegniemy! Na początku oczywiście nieco szybciej, adrenalina daje znać :) Potem już wyrównaliśmy i trzymaliśmy się tempa 5:15. Jak zegarek odpikał  2-gi kilometr, to wiedziałam już, ze nie będzie łatwo. Na 3-cim pojawił się podbieg, który porządnie podniósł mi tętno. W głowie zaczęła kiełkować myśl, że z powrotem będzie jeszcze ciężej wdrapać się na tą górkę ;) Ale to dopiero za 4 kilometry. Trochę za górką zaczęło się robić tłoczno, musieliśmy się zmieścić na połowie drogi, żeby zrobić miejsce dla czołówki. Ciężko było z wyprzedzaniem, ale czasami udało się jakoś przebić.



Po nawrotce zaczęliśmy biec troszkę pod wiatr. Wojtek sugerował, żebym się za nim schowała, ale ja chłonęłam każdy najmniejszy podmuch. W końcu chłodek! Jeśli chodzi o bieganie, zdecydowania jestem zimnolubna...

Na podbiegu delikatnie zredukowaliśmy tempo. Trochę się dłużył, ale ogólnie było okej. Na zbiegu za to nadgoniliśmy. I mniej więcej tam poczułam, że naprawdę robi się ciężko. Wizja 2 km do mety nie była dla mnie "tylko tyle", ale "aż tyle". Gdyby nie Wojtek, pewnie bym odpuściła i zwolniła o te 5-10 sekund. Na 9-tym kilometrze zaczęłam sapać jak lokomotywa. Ale mimo to zmusiłam się i trochę przycisnęłam. Ostatni kilometr wyszedł najszybszy. Wpadliśmy na metę. Garmin pochwalił mnie za nowy rekord na dyszkę. Jupi! Z tego wszystkiego zapomniałam nawet o kolanie... :) Czas 52:30. Życiówka poprawiona dosłownie o 2 sekundy... Jest dobrze!



Po biegu załapaliśmy się na koncert disco polo (Wojtek oczywiście był w siódmym niebie ;P), a potem na dekorację. Podsumowując, impreza bardzo fajnie zorganizowana, pozytywna. Będzie się chciało wracać do Skawiny. Trasa rzekomo szybka, ale osobiście bym polemizowała... Chociażby przez tą górkę x 2.



A jeśli chodzi o mój wynik, to założenia udało się wykonać we 100%. Powtórzyłam wynik z Czechowic. Co prawda ten bieg kosztował mnie sporo sił, ale no cóż - takie są dyszki :) Kolano nie protestowało. Czegóż chcieć więcej? Teraz mogę się zabrać za pracowanie nad szybkością. Taki jest mój obecny cel biegowy. Mam ochotę  nauczyć się w końcu biegać poniżej 5 min/km.  Nie ciążą nade mną przygotowania do dłuższego dystansu, więc to idealny czas. Co z tego wyjdzie - zobaczymy. Przede mną pierwsze starty na 5 km i na 8 km. Nigdy nie startowałam na dystansie poniżej 10 km, nie licząc jednego górskiego biegu alpejskiego. Trzeba będzie się w końcu obyć z krótszymi dystansami :)