sobota, 29 kwietnia 2017

New Balance Vongo - moja opinia

Jakieś 3 miesiące temu stałam się posiadaczką nowych butów biegowych. Jestem fanką butów New Balance i tego nie kryję ;) Musiało więc paść na nowe N-ki. Tym razem były to New Balance Vongo. But, któremu daleko do typowego "żelazka". Chciałam jednak spróbować nieco szybszych i bardziej dynamicznych butów.


W Vongo przebiegłam już ok. 150 km, w tym jeden półmaraton na zawodach. Mogę więc już co nieco o tym bucie powiedzieć.

NB Vongo to buty dla pronatorów. W moich ukochanych NB 880v5 biegam we wkładkach, ale chciałam spróbować jak się biega w butach ze stabilizacją. Biega się dobrze. Nawet lepiej niż z wkładką. 

Vongo są wg. producenta szybkimi butami treningowymi. Mają wciąż dość sporą amortyzację, ale z racji tego, że mają bardzo niski jak na buty treningowe drop (4 mm), motywują do trochę innego przebierania nogami niż w tradycyjnych butach treningowych ;)



Jak wygląda to w rzeczywistości? Faktycznie, chętnie biorę Vongo na szybkie treningi. Są dość lekkie - but w rozmiarze 41 waży ok. 280 g. Bardzo fajnie biegało mi się w nich na bieżni. Nie wiem jak sprawdziłyby się na maratonie. Na półmaratonie za to biegło mi się w nich świetnie. Jak na nowe buty to zrobiłam im niezły test ;) Ale zdały go perfekcyjnie. Wydaje mi się, że New Balance robi po prostu buty idealne dla mnie.

Myślę, że Vongo są butami dla biegaczy, którzy biegają raczej ze śródstopia. A więc raczej nie jest to but dla początkujących. Polecałabym biegaczom, którzy szukają drugiej pary do szybszych treningów. Ja przynajmniej w tym celu je kupiłam. 

Jeśli chodzi o jakość materiałów, to buty wyglądają na bardzo solidne. Pewnie będzie w nich trochę ciepło w lecie, ale osobiście się tym nie przejmuję, bo musiałabym biegać chyba w japonkach, żeby się nie gotować letnią porą ;) 

Buty New Balance Vongo to typowe asfaltówki. Nie zdążyłam jeszcze sprawdzić, jak radzą sobie na śniegu czy tam w błocie. Ale patrząc na podeszwę wnioskuję, że chyba słabo. Wcale mi to nie przeszkadza, do zadań specjalnych mam inne buty. Ale jeśli ktoś szuka butów bardziej uniwersalnych, polecam znaleźć jakieś z bardziej agresywnym bieżnikiem.


Podsumowując, mogę szczerze polecić New Balance Vongo. Jak dla mnie są świetnym połączeniem buta treningowego z dobrą amortyzacją i buta do szybszego biegania. Warto mieć je w szafie jako uzupełnienie dla wygodnych butów treningowych. Uważam, że są to buty dla tych, którzy już mają trochę kilometrów w nogach. Mają też jeszcze jedną zaletę... są bardzo ładne. I niebieskie ;) 

środa, 26 kwietnia 2017

9. Cieszyński Fortuna Bieg - z drugiej strony

Ostatnimi czasy zaczynam odkrywać, jakie fajne imprezy biegowe są organizowane w moich rodzinnych stronach i okolicach. Pomijając mnóstwo fajnych biegów górskich, są też niemałe biegi uliczne. Jak Fortuna Bieg w Cieszynie na przykład.

Udział w tym polsko-czeskim biegu zaplanowałam już dawno, opłaciłam już dawno, ale moje kolano zadecydowało za mnie, że jednak nie biegniemy. Z racji, że oprócz mnie miał biec jeszcze Wojtek, Ania i Marcin, nie mogło mnie tam jednak zabraknąć. Na otarcie łez wzięłam aparat i razem z drugim Wojtkiem wyszukiwaliśmy w tłumie naszych trzech biegaczy i robiliśmy im zdjęcia. Trochę inne doświadczenie, ale niestety - nie polecam :) Sto razy bardziej wolałabym sama pobiec. Ale niestety bywa i tak. Co ciekawe, medal zdobyłam. O tym jak, opowiem poniżej.

W drodze na zawody dopadły nas cztery pory roku. Od słońca, poprzez deszcz, śnieg, grad... Nie była to wymarzona pogoda na bieg. A zapisując się, zastanawiałam się, czy nie będzie gorąco... ;) Otóż, to nam nie groziło.

W samym Cieszynie na powitanie zlewa. Dotarliśmy na stadion, żeby odebrać pakiety i przeczekać oberwanie chmury. Też odebrałam swój pakiet - chociaż koszulkę i numer startowy będę miała z tego biegu. Wszystko żółte. Fajne, takiej koszulki z biegu jeszcze nie mam :)



Start był o 12:00. Trasa miała biec po obu stronach Olzy - zarówno w polskim Cieszynie, jak i w Českém Těšíně. Pomysł super.



Trasa płaska, raczej szybka. Ogólnie wiedzieliśmy, że ten bieg jest obstawiony dość dobrymi zawodnikami. Martwiło to ewentualnie Wojtka.

Punkt dwunasta wystartowali.



Razem z nie-biegnącym Wojtkiem kręciliśmy się od czeskiej do polskiej strony i robiliśmy zdjęcia. Ciężko było nadążyć, bowiem ledwo co zrobiłam zdjęcie Marcinowi, to Wojtek biegł już z drugiej strony mostu. Ale parę fajnych ujęć zrobiłam :)




Jeśli chodzi o bycie fotografem, to bardzo fajne było to, w jaki sposób ludzie reagowali na aparat. Uśmiechali się, pozowali -  w sumie to biegnąć sama tak robię ;), ale to było takie miłe. Widząc aparat potrafili poprzez zmęczenie szczerze się uśmiechnąć. Nie wszyscy oczywiście. Ale większość.



Na czas biegu pogoda jakby specjalnie zrobiła okienko. Zaświeciło nawet słońce.



Meta znajdowała się na stadionie. Najpierw wbiegł na nią Wojtek, potem Ania, a potem Marcin. Wszyscy zadowoleni i szczęśliwi.



Dzięki Wojtkowi udało mi się też dostać medal. Było ich więcej niż ludzi kończących bieg, więc pod koniec podeszłam, i jak to pan ujął "na zachętę" dostałam medal. Mnie nie trzeba zachęcać. Co najwyżej moją nogę ;) Bardzo się cieszę, bo uwielbiam medale. A ten bardzo mi się spodobał. W sumie, czy był kiedyś medal, który mi się nie podobał i którego nie chciałabym zdobyć? ;))


Wojtek na koniec stanął jeszcze na podium - 2. miejsce w kategorii M30.



Podsumowując, Cieszyński Fortuna Bieg to fajna impreza. Dość duża, bo biegnie tam ponad 1000 ludzi. Ale pod względem organizacji wydawało się w porządku. Strasznie mi szkoda, że nie wystartowałam, bo to miał być dla mnie start w sensie odcinania kuponów po maratonie i przygotowaniach maratońskich. Niestety nie był. I szczerze mam nadzieję, że nie będę nigdy więcej na biegu jako przymusowy kibic. Noga na szczęście dochodzi do siebie, więc już wkrótce wracam na biegowe ścieżki :)

sobota, 22 kwietnia 2017

Biegowy marzec 2017

Co prawda mamy już ponad połowę kwietnia i marcowe bieganie ze względu na maraton oddzieliłam już grubą kreską, to marzec 2017 był tak rozbieganym miesiącem, że należy mu się parę słów podsumowania.

Na marzec przypadła końcówka moich przygotowań maratońskich. Biegania było dużo. A jednocześnie byłam bardzo uważna i obserwowałam, jak moje ciało reaguje na treningi. Jakbym teraz coś spieprzyła, to maraton stanąłby pod znakiem zapytania. A tego byłoby szkoda :) W marcu pobiłam swój rekord i przebiegłam 205 km. Po raz pierwszy przekroczyłam granicę 200 km w miesiącu. I co ciekawe, nawet nie odczułam, żebym biegała jakoś specjalnie dużo.


Pierwszy tydzień marca biegałam jeszcze w Czechach. Wykorzystałam bliskość Usti i Drezna i na wycieczkę biegowa wybrałam się do Drezna. Było pięknie i wiosennie, ale pamiętam, że biegało mi się bardzo ciężko.


W Usti wykorzystałam maksymalnie bieżnię, do której miałam dostęp. Straszna szkoda, że w Krakowie nie mam takiej fajniej bieżni 2 km od domu... ;) 

Po powrocie do Krakowa realizowałam swój plan maratoński. Zaliczyłam parę biegów z mocnymi akcentami - WT, rytmy. Były dni gorsze i lepsze. Ogólnie to przez większość marca towarzyszyło mi złe nastawienie - nic wychodzi mi, bieganie jest ble, nie mam talentu. Okej, z tym talentem to akurat prawda :) Ale musiałam trochę sobie wszystko na nowo poukładać, żeby ponownie odnaleźć radość w bieganiu. I jednocześnie realizować trening maratoński. I udało się :)



W marcu wystartowałam w jednych zawodach - w Półmaratonie Marzanny. Te zawody trochę podniosły moje morale, bo nie dość, ze biegło mi się świetnie, to jeszcze poprawiłam życiówkę. Okazało się, ze jednak intensywniejsze treningi nie są na nic. 

Oprócz realizowania planu maratońskiego robiłam oczywiście ABS, stabilizację i całkiem sporo się rolowałam. Marzec był po prostu bardzo dobrze przepracowanym miesiącem. Właśnie takim, jaki chciałam mieć przed maratonem.



A jakie plany na kwiecień?
Jeden plan, najważniejszy, już zrealizowany - Gdańsk Maraton przebiegnięty :) A poza tym, zamiast wymówić się na po-maratońskie zmęczenie, mam ochotę biegać, biegać i jeszcze raz biegać! Niestety póki co chęci trochę przewyższyły możliwości, tydzień po maratonie wybrałam się pobiegać w góry, złapałam przeciążenie kolana i póki co odpoczywam od biegania. Szkoda, ale to też jakaś lekcja na przyszłość. Jutrzejszy Fortuna Bieg raczej odpuszczę, ale mam nadzieję, że kolano pozwoli mi pobiec w Biegu Nocnym za tydzień, Oby, oby, bo kontuzja wcale mnie nie zdemotywowała :)

czwartek, 13 kwietnia 2017

3. Gdańsk Maraton - fajnie być maratończykiem!

Maraton nie bez powodu nazywany jest królewskim dystansem. Uczucie, jakie towarzyszy maratończykowi podczas całego biegu i przekraczania mety jest jedyne w swoim rodzaju. Nie do opisania. Ale mimo to, spróbuję w jakimś stopniu oddać to, co czułam podczas maratonu w Gdańsku, który był moim drugim maratonem :) Uprzedzam jednak -  ten wpis będzie długi!

Na maraton w Gdańsku zdecydowaliśmy się przede wszystkim dlatego, że lubimy Gdańsk. To piękne i magiczne miasto. I tak blisko morza, które też uwielbiamy. Gdybym nie miała tak blisko Krakowa i Bielska, chciałabym mieszkać właśnie w Gdańsku. Jak już jechać gdzieś na maraton, to w fajne miejsce. A więc Gdańsk :) Wojtek coś tam tylko pomarudził, że wcześnie ten maraton. I że pewnie będzie wiało. Ale też się zapisał.

O przygotowaniach pisałam ostatnio w tym poście. Nieraz sprawiały, że odechciewało mi się biegania. Na tydzień przed maratonem wydawało mi się, że wszystko idzie dokładnie odwrotnie, niż iść powinno. Na ostatnim mocniejszym treningu, a raczej jego próbie ledwo dowlokłam się do samochodu. Do tego mnie przewiało. Smarkałam i kaszlałam. W przed maratonem wyszłam jednak na trening. Była moc. Uwierzyłam więc, że przebiegnę ten maraton.

Do Gdańska przyjechaliśmy dzień wcześniej. Chcieliśmy na spokojnie odebrać pakiety, wyspać się i wypocząć. W sobotę wybraliśmy się więc do biura zawodów i obejrzeliśmy sobie okolice startu i metę.


Przy odbiorze pakietu jeden wolontariusz zagadał, że ze strasznie daleka przyjechałam, bo z Czechowic. Zdziwiłam się, że w Gdańsku ktoś wie o istnieniu krainy zapałek :) Potem pojechaliśmy na chwilę przywitać się z morzem i szybko do hotelu. Bo następnego dnia pobudka była dość wcześnie.



Poranek powitał nas pogodą idealną. Chłodną, pochmurną. Wiatr był, ale jak na nadmorskie standardy raczej łagodny. Tramwajem wypchanym po sufit biegaczami przedostaliśmy się na Amber Expo, skąd miał startować maraton. Strasznie się stresowaliśmy. Może dlatego, że wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać na trasie. Maraton to dystans, który budzi respekt :)

Na Amber Expo wydzielona była specjalna strefa, gdzie wstęp mieli tylko biegacze. Świetny pomysł. Był tam depozyt, przebieralnia, woda, wszystko, czego może potrzebować biegacz. Przebraliśmy się, Wojtek przetruchtał coś w ramach rozgrzewki. Ja olałam rozgrzewkę. Obserwowałam tylko swoje tętno, które było zdecydowanie zbyt wysokie. Czyli jednak nerwy :)

Parę minut przed 9:00 ustawiliśmy się na starcie. Wojtek w swojej strefie dla koksów, a ja w swojej dla normalnych śmiertelników :). Start odbywał się falami, co 2-3 minuty. Byłam chyba w czwartej grupie startu. Odliczanie i biegniemy! Oczywiście na starcie troszkę się wzruszyłam, maraton to jednak podniosłe wydarzenie :) Zostawiłam za sobą balony na 4:15. Wolałam biec sama, bazując na zegarku i na tym, jak się czuję. Moim założeniem było biec z tempem ok. 6:00 tak długo, jak dam radę. Domyślałam, się, że po 30. kilometrze osłabnę i mogę mocno zwolnić, więc chciałam nadrobić na początku w komfortowym dla mnie tempie.



Na pierwszych kilometrach trasa trochę kręciła. Wbiegliśmy na stadion, parę kilometrów dalej przebiegliśmy przez Muzeum Solidarności. Fajny pomysł, tylko GPS się trochę gubił :) Później bieg prowadził przez starówkę, która w Gdańsku jest naprawdę piękna. Do tego było tam sporo punktów kibicowania, w które zaangażowane były maluchy z podstawówek. Nie mogłam się oprzeć i każdej grupce przybijałam piątki :) Ich doping naprawdę dodawał mocy, jak spoglądałam na zegarek, to zawsze przy kibicach podświadomie przyspieszałam ;)



Za starówką czekała na maratończyków baardzo długa aleja Grunwaldzka, którą mieliśmy biec niemalże do Sopotu. Na początku pojawiło się trochę podbiegów. Na 12. kilometrze poczułam głód. Wmusiłam w siebie żela, ale niestety nie wszedł tak jak zazwyczaj. Zły znak - czyżby mój żołądek chciał się zbuntować podczas tego biegu?

Mniej więcej w połowie alei Grunwaldzkiej znalazłam sobie pacekamerów - parę biegaczy, którzy biegli równym, odpowiednim dla mnie tempem. Wymieniliśmy parę zdań, dowiedziałam się, że chcą biec na 4:15 i że to ich pierwszy maraton. No to biegniemy razem :)

Po wybiegnięciu z Alei Grunwaldzkiej zaczęła się kolejna ciągnąca się ulica. Minął półmaraton. Czułam się dobrze, nawet bardzo. Tylko trochę mi się dłużyła ta droga. Po nawrotce zegarek odpikał mi 26. kilometr. Z tempem grubo powyżej 6 min/km. Stwierdziłam, że moi towarzysze trochę zwolnili, a ja mogę biec szybciej, więc postanowiłam się urwać. Trzeba było korzystać, póki sił pod dostatkiem ;) Zbliżałam się więc  do 30. kilometra. Żołądek niezbyt dobrze reagował na wszelkiego rodzaju płyny, ale wiedziałam, że jak nie zjem czegoś na 30. kilometrze, to przed metą na pewno odetnie mi zasilanie. To nie dyszka, którą mogę biegać na głodniaka. Tylko co tu zjeść, żeby żołądek to przyjął?



Na 28-29 kilometrze czułam się bardzo dobrze. Zaczęłam wyprzedzać ludzi, którzy maszerowali. Rok temu właśnie od ok 27-go kilometra zaczęłam się gorzej czuć. Ale nie ma się co cieszyć na zapas, kryzys na pewno jeszcze nadejdzie, myślałam sobie.

Na punkcie żywieniowym złapałam banana i wodę. Zjadłam taką mieszankę, dobrze wszystko mieszając. Prawie jak żel ;) Z tym, że żela chyba nie byłabym wtedy w stanie przełknąć. Zjadłam i pobiegłam dalej.

I oto, chwilkę później pojawiło się ono. Morze! Zahipnotyzowało mnie i na chwilkę zapomniałam, że biegnę maraton :) Biegłam wgapiając się w nie przy każdej możliwej okazji. Biegło mi się zadziwiająco lekko. Chyba energia z banana dała o sobie znać ;) Naszła mnie nagle ochota, żeby sobie z kimś porozmawiać. Lecz dookoła rozgrywały się ludzkie dramaty, jak to po 30. kilometrze. Wielu biegaczy właśnie dowiadywało się, co to ściana. Wymijałam wielu ludzi, co ciekawe, głównie facetów. Jak widać wielu z nich przeliczyło się ze swoimi możliwościami. A ja daję radę! Może to nieładnie, ale troszkę mnie to zmotywowało ;) No to dajemy!

Ten odcinek trasy, zaraz przy morzu, w Parku Reagana, zdecydowanie był najpiękniejszy. Może nie najszybszy, bo liczne nawrotki i nie-asfaltowa nawierzchnia troszkę spowalniała. Leśne ścieżki, śpiew ptaków... Czy to aby na pewno bieg uliczny? ;) Na 33. kilometrze stała grupa dopingująca, która rozdawała maratończykom colę. Cóż za cudowny pomysł! W tym momencie nie mogłam sobie wymarzyć niczego lepszego do picia ;)

Z żalem wybiegłam z parku. Czułam, że nogi zaczynają się robić trochę zmęczone. Czy to już, kryzys? Oby nie! Na horyzoncie wyrosło jednak coś, co mogło spowodować kryzys. Ogromny pobieg. Niby wiedziałam o jego istnieniu... Ale i tak mnie zaskoczył :) Zacisnęłam zęby, trochę zwolniłam, ale wybiegłam na ten wiadukt. Trochę sił mnie to jednak kosztowało, bo potem z górki nie miałam już siły, żeby przygazować. Za nim był kolejny mały podbieg i... fragment trasy, o którym sobie zupełnie zapomniałam.

Podbieg na 37. kilometrze? Oj tam!

Skręciłam w lewo. Widziałam biegnących ludzi z naprzeciwka, którzy mijali 40. kilometr. A mi odpikał dopiero 38! Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to zdemotywowało. Nie miałam ochoty na kolejną zawrotkę. Chciałam biec w kierunku mety, a nie odwrotnym! Przyssałam się do wody na punkcie odżywczym. Zaczęło mnie boleć kolano. Gdzieś w głowie przekonywałam siebie, że 4 kilometry to przecież mało. Strasznie mało. Ale z drugiej strony nachodziły mnie myśli: jeszcze CZTERY kilometry! Ponad 25 minut biegu! To przecież dużo, biorąc pod uwagę, że moje mięśnie są tak zmęczone... No tak... mały kryzys jednak mnie dopadł :)

39. kilometr był moim najwolniejszym. Wlokłam się niemiłosiernie. Zegarek bezlitośnie pokazywał 6:20, 6:25... No trudno, pomyślałam. Tak, albo wcale. Ważne, że biegnę. Oczywiście akurat w tamtym momencie przypomniały mi się te wszystkie filmiki na youtube z serii marathon fail, kiedy to ludzie 100 metrów przed metą nie potrafili ustać na nogach. Motywujące, co nie? ;)) Dzięki mózgu!

Na 39. kilometrze dogoniły mnie balony na 4:15. Ale nie dałam im się przegonić. Tak łatwo się nie poddaję! Podczepiłam się pod nich i pociągnęły mnie do końca tej zawrotki. Za 41. kilometrem nie wiem dlaczego, ale pacemakerzy mocno przyspieszyli. Zegarek pokazał mi chwilowo 5:30! Moje nogi oczywiście dały mi wyraźnie do zrozumienia, że taka prędkość nie jest chwilowo w ich możliwościach ;) Trochę się więc od balonów oddaliłam.



Słyszałam już głos spikera, czułam bliskość mety. Ledwo co powstrzymałam się przed wzruszeniem. Wytrzymaj jakoś do mety! - pomyślałam sobie. 42. kilometr. Zapozowałam do zdjęcia jak prawdziwy finisher :), minęłam Wojtka, który mnie dopingował. Ostatnie metry do mety leciałam jak na skrzydłach (nie mylić z szybko :) ) 42,195 km. Zrobiłam to! Przebiegłam maraton! No, to teraz mogę się wzruszyć :)




Mówią, że kolejne maratony nie dają tyle radości co pierwszy. Bzdura. Cieszyłam się tak samo, jak z pierwszego. W końcu to pierwszy przebiegnięty, bez żadnych oprócz na pićku/papu przejść do marszu! Bez żadnego zwątpienia, bez takiej ściany, że nie dałabym rady biec. Cały maraton przebiegłam z uśmiechem na ustach. Naprawdę. Przybijałam piątki kibicom, motywowałam innych biegaczy. I do tego poprawiłam życiówkę o pół godziny, przebiegając maraton w 4:15:38. Nie skłamię, kiedy powiem, że Gdańsk Maraton biegło mi się przyjemnie. I zamiast mówić: nigdy więcej! To 5 minut po przekroczeniu mety pytałam: to kiedy kolejny? :))

Regenerację czas zacząć... ;)
Jeśli chodzi o sam Gdańsk Maraton, to oceniam imprezę na 5+. Szukacie fajnego, nie-zatłoczonego maratonu? Polecam Gdańsk na wiosnę. Na trasie może i było trochę podbiegów, ale gdzie ich nie ma? Organizacja była świetna. Bardzo fajny pomysł np. ze strefą tylko dla maratończyków. I te strefy kibicowania! Nawet w Krakowie nie ma chyba takich genialnych kibiców. Jakbym mogła, to bym wszystkich uściskała :) Gdańsk Maraton był dla mnie po prostu bombą pozytywnych emocji. Na pewno tam wrócimy. Gdańsk to magiczne miasto.


Na koniec oczywiście medal. Jest wielki, ciężki. I ma oczywiście honorowe miejsce na mojej tablicy :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Mój trening maratoński - z celem Gdańsk Maraton

Dzisiaj chciałam napisać nieco o moim tegorocznym treningu maratońskim. Co prawda maraton "dopiero" za tydzień, ale domyślam się, że całe moje spojrzenie na trening maratoński po przebiegnięciu maratonu będzie zupełnie inne.

Tak było niecały rok temu... :)
Trening do Gdańsk Maratonu zaczęłam w styczniu. Po dość dobrze przepracowanej jesieni, która zaowocowała życiówkami na 10 km i półmaraton stwierdziłam, że jestem gotowa do treningu maratońskiego. Trochę ciężko było znaleźć dla mnie plan - ten na 4 godziny był za mocny, a z kolei na 4:30 wydawał mi się za wolny. Jednak udało się znaleźć złoty środek. 

Najczęściej biegałam 4 razy w tygodniu. Jeśli czułam się zmęczona, odpuszczałam jakiś dzień i wychodziły wtedy 3 dni. Wśród moich jednostek treningowych znalazły się rytmy, wytrzymałość tempowa, bieg ciągły, siła biegowa, długie wybiegania, BNP, itp. Ogólnie to nie narzekałam na nudę. Najmniej lubiłam chyba siłę biegową - jak większość biegaczy ;) Najbardziej rytmy i WT. Lubię biegać szybko.



Przez cały trening maratoński biegałam z pulsometrem. Mam teraz pulsometr wbudowany w stanik sportowy, więc to nie problem. Bacznie więc obserwowałam mój organizm i jego reakcje na poszczególne bodźce treningowe. Co wydaje mi się istotne, w końcu nauczyłam się biegać wolno. Nie wstydzę się już biegać wolniej niż 6 min/km. I widzę sporo plusów takiego treningu. Jednym z nich jest chociażby to, że pomimo sporego jak na mnie kilometrażu udało mi się przejść przez ten trening bez kontuzji i przeciążeń. 

Na czas przygotowania do maratonu odpuściłam sobie starty - pobiegłam tylko w Półmaratonie Marzanny, przy okazji poprawiając rekord życiowy. Sporą część planu realizowałam na delegacji w Czechach. Nie ułatwiało to sprawy - miasteczko, w którym spędziłam te 6 tygodni było trochę niebezpieczne i najzwyczajniej w świecie bałam się tam biegać. Ale nie odpuszczałam treningów. Sprawa trochę się ułatwiła, kiedy odkryłam tam bieżnię tartanową. Jak widać nawet w największej dziurze są fajne miejsca ;)

Život je hezký... jak ma się bieżnię tartanową 2 km od domu/hotelu :)
Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie biegałam tyle, co podczas ostatnich 2,5 miesięcy. Biegałam ok. 50 km tygodniowo. Często miałam biegania po dziurki w nosie. Było go po prostu za dużo. Cały swój wolny czas podporządkowywałam bieganiu, każdy weekend. Do tego mniej więcej w połowie planu dopadło mnie zniechęcenie spowodowane brakiem postępów. Skoro biegam tak dużo, to chyba musi być coraz lepiej, no nie? Bieganie uczy cierpliwości ;) Mimo tego nie zniechęciłam się i biegałam dalej.

Trochę obawiam się tego, że nie poświęciłam wystarczającej ilości czasu na długie wybiegania. Owszem, biegałam długie dystansy co tydzień. Ale moje najdłuższe wybieganie trwało niecałe 2,5 godziny. Większość ok. 2 godzin. Nie pobiegłam 30-ki, bo w zeszłym roku po takim treningu dopadła mnie kontuzja, która wyłączyła mnie na 3 tygodnie z biegania i szlag trafił cały mój trening maratoński ;) Trzymałam się więc zasady maks. 2-2,5 godziny.


Jeśli chodzi o obciążenia, to szczególnie z początku czułam, że nogi są zmęczone. Cały czas podchodziłam do tego wszystkiego z dystansem - bałam się, że moje nogi nie wytrzymają tego treningu i znowu dopadnie mnie kontuzja. Szczerze to nadal się tego boję :) Staram się rozciągać, odpoczywam jak czuję, że przegięłam, ale i tak do końca nigdy nie wiadomo co organizm na to powie ;) Mam ogromną nadzieję, że uda mi się dotrwać do mety maratonu bez kontuzji.

Kiedyś przeczytałam, że to nie sam maraton jest wyzwaniem, ale trening maratoński. W sporej części się z tym zgadzam. Maraton to wspaniałe przeżycie, bardzo trudny i wykańczający bieg, ale towarzyszą mu pozytywne emocje, podczas biegu jest się bardzo zmotywowanym. A treningi maratońskie najczęściej wykonuje się zimą, przy paskudnej pogodzie. Czasami ciężko się zmusić do wyjścia na trening. A po treningu nikt nie czeka z medalem i gratulacjami.

Dlatego cieszę się, że mimo wszystko wytrwałam. Jeszcze nie wiem jaki będzie tego efekt. Bardzo chciałabym po prostu po raz drugi przebiec maraton. Chciałabym też poprawić trochę czas, ale nie jest to moim priorytetem. Poczuć znowu na mecie, jak to jest być maratończykiem. Nie mogę się już doczekać :)


wtorek, 21 marca 2017

XIV Półmaraton Marzanny - recepta na udany bieg

Ostatnimi czasy nie było u mnie najlepiej z chęciami do biegania. Trening maratoński trochę mnie przytłoczył i bieganie dla przyjemności zamienił na obowiązek, nieraz przykry. Cóż - sama tego chciałam.

Przed Marzanną nie tryskałam więc optymizmem tak, jak zazwyczaj na zawodach. Trochę się bałam, że ten start nastawi mnie jeszcze bardziej pesymistycznie. Planowałam pobiec spokojnie, bez walki o życiówkę. Cieszyć się biegiem, tak jak najbardziej lubię na zawodach. Czas to tylko czas. A wspomnienia z biegu, na którym pędzę dalej niż widzę są zazwyczaj "zamazane" :)

W niedzielę rano pięknie świeciło słońce. Był jednak jeszcze jeden, mocno nieproszony gość - huraganowy wiatr. Wspominałam kiedyś, że nienawidzę wiatru? Pewnie ze sto razy :) Przyjechaliśmy sporo wcześniej do biura zawodów - Wojtek chciał zrobić dłuższą rozgrzewkę. Ja przetruchtałam trochę ponad kilometr. Złapałam dość wysokie tętno. Nienajlepsza zapowiedź, ale podczas wiatru często mam wyższe tętno.

Na starcie tak jakoś się stało, że ustawiłam się  strefie czasowej 1:59, zaraz koło baloników. Start był opóźniony o jakieś 5 minut. Do ostatnich sekund nie wiedziałam, jak mam biec, jakie tempo trzymać. Jak tylko wybił czas startu, zaczęłam biec. Za fioletowymi balonikami.



Pacemakerzy rozmawiali o tempie, o taktyce ze względu na wiatr. Pierwsze dwa kilometry pokonaliśmy dość szybko. Jednak czułam się dobrze. Przysłuchiwałam się rozmowom i tak już sobie z nimi biegłam, za sprawą wiatru czasami obrywając balonem w buzię :)

fot. Ewelina Kempa

Pierwszy raz biegłam Marzannę - ale to tutaj, 2 lata temu debiutowałam w 1. Biegu z Dystansem do Wiosny na 10 km, więc mam do tej imprezy sentyment. Nie znałam jednak dobrze trasy. Zaskoczyła mnie więc spora ilość ostrych zakrętów na początku. Nawet nie wiem kiedy minęły pierwsze kilometry, a już znaleźliśmy się na bulwarach i zegarek wybił 10-ty kilometr. Czułam się bardzo dobrze. Ale to akurat na półmaratonach jest zgubne ;) Nie bojąc się już o tracenie energii zaczęłam też troszkę rozmawiać z ludźmi obok. Bieganie z balonikami ma swoje plusy - z reguły jest bardzo wesoło, Pacemakerzy dodają otuchy, tworzą świetną atmosferę.



Po wbiegnięciu na kładkę Bernatka czuć było, że przed nami walka z wiatrem. Na początku jednak co mnie zdziwiło, wcale nie biegło mi się trudniej. Kilometry mijały bardzo szybko i przyjemnie, przybijałam piątki, klaskałam kibicom. Czułam się świetnie. Na Starówce dopadło mnie pierwsze zmęczenie (ach, ta Grodzka, pamiętna na maratonie!), ale na Plantach oddech wrócił do normy. Biegnąc, trzymałam się mocno pierwszych Pacemakerów na 1:59. Jeden z nich, Paweł, stwierdził, że widzi, że biegnę luźno i mam duży zapas. Podbudowało mnie to. Kazał się sobie przypomnieć na 16. kilometrze.

Zbieg obok Wawelu też okazał się szybki. Później jednak, po powrocie na Bulwary wiatr zaczął mi już przeszkadzać. Na 16-tym kilometrze dostałam instrukcję od Pawła. Za zadanie miałam spróbować się urwać na Błoniach. Kto wie - pomyślałam. Może akurat wystarczy mi sił.

Okolice Salwatora jednak tradycyjnie okazały się trudniejsze. Trafił mnie tam mały kryzys, który ciągnął się aż do mostku. Za mostkiem potrzebowałam chwili, żeby wyrównać oddech. Na chwilkę zwolniłam, oddaliłam się od balonów. Ale po chwili przybyło mi sił i zaczęłam przyspieszać. Wyprzedziłam balony i zaczęłam biec szybciej. O ile pod wiatr szło to całkiem nieźle, to po nawrotce, na ostatniej prostej walczyłam ze sobą. Wyszło na wierzch, że przed biegiem nie zjadłam tego, co zazwyczaj i żołądek zaczął się mocno buntować. I to wietrzysko! Mimo wszystko starałam się nie zwalniać. Na ostatnie 100 metrów przypadł mocniejszy finisz (tak wiem, trochę późno!) i wpadłam na metę. Szczęśliwa. Trochę zmęczona. Za metą czekali na mnie Ania i dwóch Wojtków. Ania spytała, czy jest życiówka. A ja, że chyba tak - szczerze tego nie wiedziałam, bo przez cały bieg patrzyłam się tylko na średnie tempo aktualnego kilometra. Ani razu nie spojrzałam na to, jaki mam czas :)



Okazało się, że owszem, wybiegałam życiówkę. Udało mi się przebiec Marzannę w 1:58:09. Poprawiłam się więc w stosunku do jesieni o niecałą minutę.


Odebrałam medal. Zaczekałam na Pacemakerów, podziękowałam im za wspólny bieg i wsparcie. Prowadzili bardzo fajnie. A przynajmniej mi podpasowało. Bawiłam się świetnie, nie przejmując się czasem. Z resztą, takie było moje założenie tego biegu. Z tym, że nie zakładałam życiówki :)

Zrzutka z endo - międzyczasy


Na medal jak zwykle spisał się mój Wojtek, osiągając świetny rezultat. Podobno nie jest do końca zadowolony. Ale on się najwidoczniej nie zna ;) A wietrzne warunki wielu osobom pokrzyżowały plany.

fot. Ewelina Kempa
Słowem podsumowania:
Po raz kolejny, lecz tym razem bardziej dobitnie przekonałam się, że w pasji najważniejsze jest to, żeby nas cieszyła. Pomimo, że pasje takie, jak bieganie, bywają wymagające i łatwo jest wciągnąć się w nieustanną pogoń za życiówką. Najważniejsze jest jednak robić to z sercem. Czas to tylko cyferki. A piękne wspomnienia z biegu pozostaną z nami na dłużej niż rekord życiowy. Pewnie, mogę sobie mówić, że skoro pobiegłam ten półmaraton raczej na luzie, to pewnie było mnie na więcej. Dobrze. To niech tak będzie. Ale pobiegłam z radością i uśmiechem na twarzy zamiast grymasu i męki. Życzę sobie, żebym potrafiła biegać tak na kolejnych startach. Na swoim poziomie, a jednocześnie z radością i pewnym zapasem sił. Pierwsza próba już za niecałe 3 tygodnie ;)



W głowie zaczął mi kiełkować też pomysł, żeby samej kiedyś spróbować sił jako pacemaker. Mam na koncie "już" 6 półmaratonów i coraz lepiej czuję się na tym dystansie. A motywowanie ludzi na biegu to coś, co bardzo lubię. Może kiedyś... :)

A sama Marzanna to jak dla mnie bardzo pozytywna impreza, dobrze zorganizowana. Takie krakowskie przebudzenie wiosenne. Polecam szczególnie tym, którym brakuje motywacji do biegania zimą ;) Trasa nie jest może wyjątkowo szybka ze względu na sporo ostrych zakrętów i trochę małych górek. Ale po Krakowie biega się zawsze fajnie. W końcu Kraków jest podobno magiczny ;)


Medal też niczego sobie :) I koszulka, w pięknym, żywozielonym kolorze.

A teraz czas na ostatnie szlify, a potem łapanie świeżości. Za niecałe 3 tygodnie stanę bowiem na starcie maratonu w Gdańsku. Mam nadzieję, że będzie równie pozytywny jak niedzielna Marzanna :)

piątek, 3 marca 2017

Biegowy luty 2017

Luty - niby najkrótszy miesiąc w roku, ale mi mimo wszystko biegowo jakoś służy. W tym roku było nie inaczej. Pomimo, że pogoda nie rozpieszczała, udało mi się wybiega sporo kilometrów, a mianowicie 190 km.



To mój dotychczasowy rekord. Jeszcze nigdy nie biegałam tak dużo. Jak widać wzięłam sobie do serca przygotowania maratońskie ;)



W lutym biegałam częściowo w Krakowie, a częściowo w Usti nad Labem, w Czechach. Co ciekawe, w tym paskudnym Usti nieraz łatwiej było mi zmobilizować się do treningu. Przychodziłam z pracy, rzucałam klamoty, ubierałam biegowe buty i w drogę. Odkryłam też świetne miejsce do biegania - najprawdziwszą tartanową bieżnię na stadionie! I to najczęściej pustą... W Krakowie jak znam życie, byłyby tam tłumy ;)


W lutym ogólnie realizowałam trening maratoński. Trenowałam przeważnie 4 razy w tygodniu, czasem zdarzyło się mniej. Treningi były zróżnicowane - najchętniej chyba wychodziłam na rytmy. Co weekend robiłam długie wybiegania. Dwa razy byłam w Puszczy Niepołomickiej, a raz... w Pradze ;) Skorzystałam z tymczasowej bliskości stolicy Czech i obiegłam starówkę w trochę ponad dwie godziny. Połączenie biegania i zwiedzania całkiem mi się spodobało. W sobotę wybieram się tym razem na wycieczkę biegową do Drezna.


Sam trening maratoński okazał się dla mnie dość ciężki. Są chwile, kiedy wydaje mi się, że biegam za mało. A nigdy wcześniej nie zdarzało mi się przecież biegać 50 kilometrów tygodniowo. Zdarzały się też jednak dni, kiedy to miałam biegania po dziurki w nosie. Może dlatego, że nie widzę zbytnich efektów tego treningu - wcale nie biegam szybciej, lżej, męczę się właściwie tak samo. A przynajmniej tak mi się wydaje. Ciekawa jestem, jakie efekty zobaczę na samym maratonie. Staram się też nie przesadzać, bo po zeszłorocznych doświadczeniach boję się kontuzji. Trening maratoński trochę zbytnio wchodzi z butami w moją codzienność, ale o tym napiszę dokładniej innym razem ;)

Z rzeczy pozytywnych, to w lutym wzbogaciłam się też o nowe biegowe buty - New Balance Vongo. To już moje trzecie biegowe N-ki. Kupione z myślą o szybszych treningach. Kolejne buty jak na mnie szyte ;)



A jakie plany na marzec?

W marcu czeka mnie pierwszy start od dawna (2 miesiące bez startów to przecież wieczność;) ), a mianowicie Półmaraton Marzanny. Póki co nie mam pomysłu na ten półmaraton. No, może jedynie na strój ;) Nie czuję się na siłach, żeby pobiec po życiówkę. Najprawdopodobniej więc po prostu pobiegnę ten półmaraton tak, żeby się nim jak najbardziej cieszyć. Poza tym, chcę nada realizować treningi pod maraton - został w końcu troszkę ponad miesiąc. Mam nadzieję, że wiosna sprawi, że będę z uśmiechem zakładać buty biegowe. I przede wszystkim, za tydzień wracam na stałe na krakowski biegowe ścieżki :)

czwartek, 2 lutego 2017

Rozbiegany styczeń 2017

Tegoroczny styczeń chyba wszystkich zaskoczył. Zima przyszła na początku miesiąca... I trzymała do samego końca. Właściwie to nadal trzyma... ;)



Pomimo wszystkich utrudnień, jakie niesie ze sobą bieganie zimą, styczeń 2017 był dla mnie bardzo rozbiegany. Udało mi się przebiec 152 km! To mój dotychczasowy rekord. 


Celem na ten miesiąc było przede wszystkim powrót do równowagi po grudniowej chorobie i rozpoczęcie w połowie miesiąca treningów typowo do maratonu. Prawie się udało - problem tylko w tym, że po zaledwie tygodniu rozbiegania skusiła mnie piękna aura, wyszłam na bieganie przy -16 stopniach i mój osłabiony organizm złapało kolejne choróbsko, które na parę dni wyłączyło mnie z biegania. Ale później wróciłam już z nowymi siłami i chęciami. I wzięłam się ostro do roboty.



Część miesiąca biegałam w Krakowie, a przez dwa tygodnie biegałam w pewnym paskudnym czeskim miasteczku zwanym Usti nad Labem. Usti niestety nie zachęca do biegania. Ale skoro muszę tam być, to tam biegam. Problem jest taki, że w Usti nie wiedzą, że chodniki można posypywać  piaskiem, albo solą... I w rezultacie biega się po śniego-lodzie :)


Ale ma to swoje plusy, bo w styczniu chyba nareszcie nauczyłam się biegać wolno. Postanowiłam wdrożyć do swojego biegowego planu prawdziwy spokojny bieg, przed którym tyle czasu się broniłam. I właściwie zrobiłam z niego podstawę moich treningów. Teraz widząc na swoim zegarku tempo 6:20 nie przeklinam pod nosem i nie przyspieszam. Widzę plusy takiego biegania. A poza tym, przy zwiększonym kilometrażu wolę dmuchać na zimne i nieco odciążyć moje nogi. Wiadomo, szybkie i wyczerpujące biegi są fajniejsze... Ale jeszcze będę mieć na nie czas ;)

Szybkie treningi też się oczywiście zdarzają. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy zrobiłam prawdziwy BNP. Bieg był trudny, ale niesamowicie satysfakcjonujący - jak po 16 tym kilometrze udało mi się zerwać i przebiec kilometr poniżej 5:00 min :) Więc jednak się rozwijam ;)



Trening maratoński jednak trochę daje mi w kość. Od połowy stycznia na stałe dodałam czwarty dzień treningu w tygodniu. O ile wcześniej trenowałam 30-40 km tygodniowo, to teraz jest to około 50 km. Czuję ten przeskok. Biega się dużo, aura ciągle pozostawia dużo do życzenia. I te śliskie chodniki dały się porządnie we znaki moim łydkom... Roluję i rozciągam i mam nadzieję, że nic mi nie strzeli ;) Oby!

Jeśli chodzi o ćwiczenia, to trochę się w nich opuściłam, przyznaję... Delegacja też zrobiła swoje, zamiast domowych obiadków muszę stołować się w czeskich restauracjach, a Czesi jedzą bardzo tłusto... I mają bardzo dobre piwo ;) A więc przez najbliższy czas ABS będzie ponownie moją codziennością ;) Do tego oczywiście stabilizacja.

A co w lutym?

W niedzielę niestety znowu pakuję swoje manatki i jadę do Usti. Prognozy nie są optymistyczne i niestety nadal czekają mnie chyba śnieżno-lodowe chodniki... Za sprawą tej długiej delegacji tą zimę niestety spisuję na straty - nie mam kiedy jechać na narty, czy w góry. Pozostaje mi więc tylko bieganie. I planowanie wakacji tudzież wyjazdów na wiosnę ;) W lutym więc dalej będę realizować plan maratoński i będę zwracać uwagę na ćwiczenia uzupełniające. I oby do wiosny! :)