środa, 21 czerwca 2017

Bieg dla Kuby - dyszka w szczytnym celu

Janowice to taka mała miejscowość, całkiem blisko moich rodzinnych Czechowic. A więc prawie jak w domu. Na tyle jednak duża, że grupka biegających tam ludzi zdecydowała się zorganizować tam imprezę biegową z pięknym celem - zbiórka pieniędzy dla chorego na autyzm Kuby. Nie mogło mnie tam oczywiście zabraknąć. Namówiłam kogo się dało - czytaj Wojtka i Marcina ;)

Niestety dwa dni przed startem złapało mnie przeziębienie. Zatkany nos i bolące gardło to nie koniec świata, do tego jest ciepło, stwierdziłam, i postanowiłam biegać jak gdyby nigdy nic. Całkiem nieźle to wyszło. W sobotę rano z drobnymi przygodami zjawiliśmy się w Janowicach. Na miejscu zastaliśmy mały festyn - oprócz głównego biegu na 10 km, w którym braliśmy udział, odbywał się też bieg rodzinny na 3,5 km i rajd rowerowy. Więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie :)

Odebraliśmy numer startowy i króciutko się przygotowaliśmy. Trochę się spóźniliśmy, więc wystarczyło czasu tylko na 1 km rozgrzewki. Lepsze to niż nic :) Na biegu miało nie być pomiaru czasu, więc namówiłam Wojtka, żeby biegł ze mną. 

Wystartowaliśmy. Mieliśmy spróbować trzymać się tempa ok. 5:20 min/km. Pierwszy kilometr przebiegliśmy jednak znacznie szybciej, bo było mocno z górki. Potem zaczął się dość długi podbieg. Tam poczułam, że przeziębienie jednak trochę da się we znaki. Kolejny kilometr to znowu zbieg. I tak w kółko. Górki były pokaźne. Dość szybko dopadło mnie porządne zmęczenie, a oddech nie chciał się dać uspokoić. Dzień jak co tydzień ostatnio, pomyślałam sobie :) 



Trasa była malownicza - jak to moje okolice :) Z pięknymi widokami na góry. Było dość pochmurno, więc góry wyglądały nieco groźnie. Widoki trochę odciągały mnie od myśli, jak ciężko mi się biegnie. Niby nie było się co spinać, bo przecież biegliśmy nie dla wyniku, ale dla Kuby :) Ale mimo tego nie chciałam się poddawać.



Wiedziałam, że najgorszy podbieg czai się na końcu. Cały 9-ty kilometr trwał wieczność. Uda paliły, oddech nie chciał się uspokoić. Dobrze, że obok był Wojtek, bo inaczej pewnie bym to olała. A przy nim nie wypadało ;), więc znalazłam w sobie siłę i biegłam dalej. 

Nagrodą na koniec był zbieg. Odzyskiwałam siły, a Wojtek, jak to on, kazał mi jeszcze gonić jedną kobitkę. Coś mu się w końcu należało za to wsparcie psychiczne, więc na ostatnich nogach przygazowałam i ją wyprzedziłam. Pewnie już kiedyś wspominałam, że jestem dobra w zbiegach... ;) Więcej takich końcówek biegów poproszę :P



Na mecie dzieci przebrane w regionalne stroje wręczyły nam medale. Za metą już wygodna trawka, woda i cukierki. Uff, to był męczący bieg! Wynik 54:28. Czas z gremlina. 



Jak na taką trasę, jestem zadowolona. Poza tym wnikliwie analizując zdjęcia okazało się, że byłam czwartą kobietą na mecie na prawie 40 startujących. Mam tę moc! :D


Około 2-3 minuty później na metę wbiegł mój braciszek. Też go chyba wymęczyły te podbiegi. 


Ogólnie to wielkie brawa należą się organizatorom. Za chęci, za bardzo fajną organizację. Udało się zebrać całkiem pokaźną sumkę. Może w przyszłym roku uda się powtórzyć ten bieg, może na większą skalę. Wystarczy tylko ściągnąć jakiś pomiar czasu i od razu chętnych będzie 3 razy więcej. Ja tam pobiegnę chociażby nie było nawet listy startowej :)


Po biegu posililiśmy się jedzonkiem - dla każdego biegacza do wyboru była kiełbaska z grilla, frytki albo zupa. Większe imprezy powinny się uczyć od takich małych. Świetna sprawa. 


A więc mam nadzieję,  że do zobaczenia w Janowicach za rok!

piątek, 16 czerwca 2017

Raz Kozie Bieg - marzenia na wyciągnięcie ręki

Pod koniec maja właściwie zadebiutowałam w zawodach na dystansie 5 km. Fajnie to brzmi :) Piątka przestała być abstrakcją. W Sieprawiu jednak górzysta trasa sprawiła, że nie czułam do końca, co znaczy trzymać wysokie tempo przez 5 km. Tydzień później chciałam sprawdzić to więc w Dobczycach, na uroczym biegu Raz Kozie Bieg.

Grupa biegowa Rozbiegane Dobczyce jest bardzo charakterystyczna na różnych około-krakowskich imprezach. Świetnie kibicują, wszyscy w żółtych koszulkach. Na zeszłorocznym Krakowskim Biegu Sylwestrowym zrobili furorę. Fajni ludzie, to na pewno zorganizują fajny bieg. Obiecywali piękny medal. Czyli, że zostałam namówiona :)

Start był w niedzielę o 16:00. Całe przedpołudnie patrzyłam w niebo, szukając jakiejś deszczowo-burzowej chmurki. Jak na złość im bliżej biegu, tym chmurek było coraz mniej. Szykował się naprawdę gorący start. Pocieszaliśmy się, że to tylko piątka. Może nie zdążymy się aż tak zgrzać.

Na miejscu wszystko było fajnie zorganizowane. Szybki odbiór pakietów, ogarnięcie mety i startu - wszystko pod znakiem kozy. Numer startowy uroczy. Ale prawdziwą perełką miał być medal :)

Pucharki tematyczne. I złote kózki oczywiście :)

Na rozgrzewce odkryłam, że trasa jest niemalże płaściutka. Ale strasznie się zgrzałam. Będzie ciężko. Starty o 16:00 latem to nie to, co Hemli lubi najbardziej...

Tuż przed czwartą ustawiliśmy się na starcie. Plan: trzymać tempo 5:00 jak długo się da. O ile w ogóle ;)



I start. Początkowo bardzo szybko. Pierwszy kilometr faktycznie szybko, ciut poniżej 5:00. I potem zaczęło być ciężko. Tętno poszybowało w górę, słonko przygrzało.



Zwolniłam, ludzie zaczęli mnie wyprzedzać, pojawił się mały podbieg. Odpikał drugi kilometr, trochę lżej, bo w dół. Przebiegliśmy przez uroczy dobczycki rynek. 3-ci kilometr. Zaczęło się umieranie. Tempo już dawno było wolniejsze niz 5:00. Zaczęłam wyprzedzać ludzi, których też zniszczyło ciepełko i szli. Bieg ciągnął się w nieskończoność. Sapałam jak lokomotywa, a tempo na zegarku było coraz wolniejsze. Tempo półmaratonu, a tu nie da się nawet przyspieszyć.

Dopiero jak zobaczyłam metę w zasięgu wzroku, przyspieszyłam. Chociaż bolało to strasznie :) Wojtek kazał mi się rozglądać, jak będę biegła do mety, czy czasem nie wyprzedza mnie jakaś niewiasta. Rozejrzałam się. Niewiast nie było, ale i tak podkręciłam trochę tempo.

Umieranie wyższego stopnia, ostatnie metry :)

Wpadłam na metę. O jak dobrze, że już po wszystkim! Czas 25:55. Raczej nie mój czas na piątkę, ale w taki upał biorę w ciemno każdy czas. Medal, który zawisnął na mojej szyi faktycznie był piękny. Jeden z piękniejszych, jakie mam w swojej kolekcji :)



Po biegu jako posiłek regeneracyjny rozdawali drożdżówki - pychotka. Podpięliśmy się pod ekipę ITMBW i czekaliśmy na dekorację, bo Wojtek oczywiście wybiegał podium.




Po biegu odczytałam SMSa, w którym dostałam informację, że byłam 5-ta w swojej kategorii. Znaleźliśmy listy z wynikami i okazało się, że wybiegałam sobie dzisiaj pucharek. Tak umrzeć na trasie i jeszcze coś wybiegać! Niemożliwe ;)

Zaczekaliśmy więc obowiązkowo do dekoracji - Wojtek był 2. w open, a ja 3. w kategorii K20.


Jak widać szampańska zabawa :)
Świetne uczucie stanąć na podium. Strasznie się z tego cieszę. To ogromna motywacja do dalszej pracy nad szybszym bieganiem. Przekonałam się, że nie trzeba ciskać piątek poniżej 20 minut, żeby stanąć na podium. Trzeba tylko dać z siebie sporo - gdybym poddała się zmęczeniu, być może nie zajęłabym takiego miejsca. A bieganie w upałach chyba aż tak negatywnie na mnie nie wpływa... Tzn. wpływa, ale innym chyba bardziej przeszkadza ;)



Słowem podsumowania - niedziela spędzona w Dobczycach była świetna. Lokalny bieg, przygotowany z pasją. Wszystko się udało. Jak tylko Rozbiegane Dobczyce będą organizować jakiś bieg - piszemy się. A piątki... Są trudne, ale już się ich tak nie boję :)


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Biegowy maj 2017

Z majem nie wiązałam pod względem biegowym specjalnych nadziei. Po kwietniowym przestoju biegowym związanym z ITBSem chciałam po prostu wrócić do regularnego biegania. Do tego udało mi się na szczęście wrócić już z początkiem miesiąca. Na początku delikatne rozbiegania ze stopniowym zwiększaniem dystansu. Później już ostrożnie, zaczęłam działać coś więcej  na treningach.

W maju udało mi się przebiec 135 km. Nie dbałam o kilometraż, więc jak dla mnie to satysfakcjonująca ilość. 

A jak wyglądały moje majowe treningi?


Jak widać, zaczęłam trenowanie pod szybsze bieganie i krótsze starty. W moją biegową codzienność wplotłam przebieżki, rytmy i interwały. Bardzo lubię szybsze treningi. Są też krótsze - miła odmiana od przedmaratońskiego tłuczenia kilometrów. 

Przy pierwszych treningach w nogach wychodziło nieprzyzwyczajenie do szybszego tempa. Teraz już jest lepiej. Próbuję nauczyć się biegać poniżej 5:00 min/km, co na dłuższych odcinkach ciągle jest dla mnie problemem. Ale wierzę, że dzięki systematycznemu treningowi, w końcu się nauczę.



Z racji tego, że biegania jest trochę mniej niż było jeszcze z 2 miesiące temu, dość sporo czasu poświęcam na ćwiczenia uzupełniające. Postanowiłam zaeksperymentować i robię głównie te ćwiczenia, których najbardziej nie lubię, czyli planki, nożyce, scyzoryk, itp, itd. Boli, ale już widzę, że podchodzę do nich z trochę mniejszą niechęcią. Wyszłam z założenia, że jeśli najbardziej ich nie lubią, to są to moje słabe punkty. Zobaczymy jak to przełoży się na bieganie ;)

W mój nowy plan treningowy udało mi się wpleść też trzy starty. W połowie miesiąca pobiegłam na dyszkę w Biegu Skawińskim. Chciałam sprawdzić, w ile uda mi się przebiec dyszkę po przerwie. Wykorzystałam Wojtka jako pacemakera i osiągnęłam całkiem zadowalający wynik 52:30, poprawiając życiówkę o 2 sekundy ;)



W ostatni weekend maja pobiegłam swój pierwszy bieg na piątkę w Sieprawiu. Krótsze dystanse to dopiero jest wyzwanie ;) Umęczyłam się jak cholera, a kolejnego dnia dołożyłam jeszcze startem na dyszkę w Biegu Swoszowickim. Ten bieg rozłożył mnie na łopatki. Nie pamiętam, gdzie ostatnio aż tak mnie sponiewierało :D Nie były to biegi na życiówkę. Ale za to ciekawe doświadczenie. I porcja siły biegowej chyba na dwa tygodnie...



Ze zmian, cały czas pracuję nad techniką biegu. Szczególnie jak biegnę szybko, albo jestem mocno zmęczona, technika lubi się gubić. Poza tym, za namową Wojtka, wprowadziłam rozgrzewkę przed każdymi zawodami. Do tej pory robiłam to bardzo na odpieprz, 5 minut biegu i z głowy. Jeszcze nie wiem czy pomaga. Ale wierzę, że na pewno nie szkodzi ;)

Podjęłam jeszcze jedną dość istotną decyzję. Zrezygnowałam z jesiennego maratonu. Nie da się robić wszystkiego naraz. A teraz wolałabym skupić się na treningach szybkościowych, a nie zamulać się treningiem maratońskim. Na to jeszcze przyjdzie czas. A poza tym, na pewno łatwiej będzie mi w przyszłości zwojować coś na maratonie, jak na krótszych dystansach będę umiała trochę przygazować :)

A co w czerwcu?

Przede wszystkim kontynuacja treningu pod szybkość i starty na krótszych dystansach. I oby to wszystko w zdrowiu, z dala od kontuzji. Przede wszystkim chcę cieszyć się bieganiem. Póki co właśnie tak jest :)

wtorek, 6 czerwca 2017

5. Bieg Swoszowicki - historia jednego podbiegu

Na biegową końcówkę maja miałam dwa pomysły - Bieg Swoszowicki albo Bieg Fiata. Padło jednak na to pierwsze. Wybrałam sobie dyszkę, Wojtek piątkę. Taki fajny bieg, a zaledwie 3 kilometry od domu. Do Swoszowic biegowo zawsze było nam jednak jakoś nie po drodze. Trzeba było więc to zmienić :)

Jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, od razu dało się wyczuć świetny klimat imprezy. Coś a la rodzinny festyn biegowy - pogoda dopisywała, na miejscu mnóstwo ludzi. Biegi były dla każdego - bieg na milę, na piątkę, biegi dla dzieci i bieg główny na 10 kilometrów. Spędziliśmy tam prawie cały dzień. Najpierw kibicowaliśmy, a potem sami wyciskaliśmy siódme poty na pagórkowatych trasach. Świetna inicjatywa - imprezy ITMBW to jest to :)



O 14:00 odbywał się bieg na 5 kilometrów. Czas więc na Wojtka. Miało być płasko, ale nie było, trzy pętelki momentami mogły dać w kość ;) Mimo to Wojtek nie miał sobie równych i wygrał tą piątkę. Ten to ma parę w nogach!

Wojtek na prowadzeniu... ;) Zupełnie przeczy stereotypowi, ze czołówka jest nudna i nie pozuje do zdjęć :D
Trasa piątki prowadziła za to częściowo parkiem, w cieniu. Tego dnia słonko trochę przygrzewało. Tego się obawiałam. Czekała mnie męcząca dyszka w upale. Ale przecież sama tego chciałam ;)

Podczas rozgrzewki spotkałam znajomego, który startował w Swoszowicach już po raz 5-ty. Mówił, ze ten bieg nadaje się do Grand Prix w biegach górskich. E, żeby było aż tak ciężko? Wiedziałam, że na ok. 3-4 kilometrze zaczyna się ciężki podbieg. Ale chyba nie będzie tak strasznie, co nie? Rozgrzewkę biegło mi się całkiem lekko.


Na starcie powiedziałam Wojtkowi w żartach: do zobaczenia za wieczność! Oj, jakbym przeczuwała mój los... ;)



I start! Na początku było całkiem dobrze. Z reguły na pierwszym kilometrze na zawodach wszyscy mnie wyprzedzają, a tutaj było inaczej. Czyżby biegacze przejęli się trudną  trasą i zrezygnowali z dzikiego pędu na początku? Nie chce się wierzyć ;) A może to ja pędziłam? Pierwsze dwa kilometry były dość szybkie. Nawet trochę za szybkie. Ale było parę zbiegów, trzeba było je wykorzystać, pomyślałam. Jednak bardzo szybko zaczęło robić się ciężko. Na 3-cim km czułam, że zaczynam się gotować. Słońce pali. Asfalt ma chyba ze 100 stopni.



I wtedy go zobaczyłam. Podbieg. Aha, to TEN podbieg! Swoją drogą, który bieg nie ma swojego popularnego podbiegu? 18-ty kilometr na Żywieckim, eliminator na Czechowickim... Pamiętam, jak na Żywieckim pytałam się ludzi, czy to już ten podbieg. Tutaj nie musiałam się pytać. Było to widać gołym okiem ;)

Podbieg-gigant ciągnął się ze 2 kilometry. Zdążyłam przez ten czas ponownie się ugotować, złapać mega wysokie tętno, nogi zrobiły się jak z waty. Pomyślałam sobie: i to tak dla przyjemności?? 

Kiedy w końcu górka się skończyła, na zegarku nie miałam nawet 5-tego kilometra. I jak tu znaleźć siłę na kolejne pół godziny biegu? Na zbiegu dałam się ponieść nogom i popędziłam na złamanie karku. Chociaż zastanawiałam się, czy przy którymś tam kroku nogi nie ugną się pode mną i nie zaryję ryjkiem w kamory. Powyprzedzałam trochę ludzi. No cóż, każdy jest dobry w czymś innym. Ja muszę nadrabiać na zbiegach ;)

Zbieg się skończył, i co dalej? 6-ty kilometr, a ja nadal czuję, że nie mam siły! Że nic nie odpoczęłam. Zaczęło się umieranie. I trwało ono do samej mety. Walka ze sobą, zmuszanie się do biegu. Tempo nie chciało się dać  utrzymać. Nie wspominając o technice biegania. Czułam, że jest fatalna. Nogi latały na boki, ręce jak u kurczaka. Ale nic nie dało się z tym zrobić :) Biegłam i wstyd mi było, że tak umieram. Miał być spoko bieg w miarę luźnym tempie... A ja tu mam problemy z utrzymaniem 5:30! Na punkcje odżywczym wylałam na siebie cały kubek wody. Pomogło tylko pozornie.

Na ostatnich podbiegach totalnie się poddałam. Jak były w cieniu, biegłam. A jak w słońcu, szłam. Iść w biegu na dyszkę?! Trochę wstyd, no nie? Że niby aż tak źle?



Trasa ciągnęła się w nieskończoność. Liczyłam podbiegi, ale jakoś mi to nie szło. Zegarek odpikał 9-ty kilometr. No to chyba już nie zemdleję :) Na koniec wykrzesałam z siebie trochę sił i przygrzałam. Meta. Zatoczyłam się gdzieś po wodę, usiadłam na chodniku i dochodziłam do siebie z 5 minut. Taka tam fajna dyszka! Czas 55:51. Prawie godzina walki :)


Zamiast zdjęcia "finishera"-triumfatora, mam to. Prawdziwe aż do bólu :)

Międzyczasy. I od razu widać, gdzie były największe podbiegi :)

Po biegu czekał na biegaczy jeden z najlepszych posiłków regeneracyjnych, jakie jadłam - makaron z sosem truskawkowym! Pychota! Makaron i piwko postawiło mnie na nogi. Odczekaliśmy do dekoracji, Wojtek wskoczył na podium i zdobył kolejny puchar do kolekcji.


Mi pozostał medal i piwko. Takie nagrody po biegu też lubię :)



Na początku było mi trochę wstyd, że tak umarłam na trasie. Ale potem jak zobaczyłam ludzi, którzy wpadają na metę, to mi przeszło. Chyba każdy się mocno wymęczył na tym biegu. Taki jego urok. Chciałabym wrócić na tą trasę w trochę chłodniejszych okolicznościach. Mam tam całkiem blisko, więc kto wie, na jesień pewnie odnajdę ten podbieg i zmierzę się z nim ponownie ;)

Jeśli chodzi o organizację, to impreza naprawdę świetna. Biegi organizowane przez ITMBW to jest klasa sama w sobie. Kolejny, na który się wybieram to wrześniowy Biegiem na Zakrzówek. Mam nadzieję tylko, że będzie trochę chłodniej :)

czwartek, 1 czerwca 2017

IV Sieprawska Piątka - diabeł wcielony

W końcu, po paru latach biegania dojrzałam do startu na krótszym dystansie. Przebiec dwa razy maraton, a nie biec jeszcze nigdy prawdziwej piątki na zawodach? Da się. Jeszcze do zeszłej soboty byłam tego chodzącym (czy tam biegającym) przykładem.

Po maratonie i wykaraskaniu się z kontuzji weszłam jednak w trochę inny świat biegania. Szybkiego, męczącego. Start na piątkę musiał więc wpisać się w ten scenariusz. Wojtek znalazł jakiś mały, lokalny bieg, kilkanaście kilometrów od domu. W miejscowości o nazwie Siepraw. 

Bałam się tej piątki jak cholera. Nie umiem biegać takich dystansów. W sumie to prawie w ogóle nie próbowałam ;) Nigdy nie byłam na parkrunie (w sobotę muuszę się wyspać), a na osiedlu ze dwa razy zmusiłam się do szybszej piątki. Toteż zbytnio nie wiedziałam, jak ten bieg ugryźć.

Na miejscu wszystko było fajnie zorganizowane. Szybko odebraliśmy pakiety, ogarnęliśmy start i zabraliśmy się za rozgrzewkę. Ja truchtałam wokół boiska, a Wojtek poszedł na mały rekonesans trasy. Wrócił ze średnimi wiadomościami. Będzie ciężko. Na pierwszym kilometrze trasa dęba staje! Stwierdził. No to ładnie. A Wojtek z reguły nie przesadza.



Start był o 13:00. Akurat słonko wyłoniło się zza chmur. Temperatura była znośna, ale troszkę grzało. Na starcie wydawało mi się, że ludzi jest bardzo mało. No cóż, może nie będę wśród ostatnich :)

I start. Na 200 metrze pierwsze zderzenie z urokami trasy, czyli mały, ale konkretny podbieg. Tętno skoczyło. Potem nie wypadało biec wolno, więc tempo trzeba było trzymać z 4 z przodu. Potem, za ciosem, kolejny podbieg. Konkretny. Niektórzy zdecydowali się na przejście do marszu. Trochę się z nich podśmiewałam pod nosem, że nie wypada maszerować w ulicznym biegu na piątkę (ten się śmieje... no cóż, kolejnego dnia mnie pokarało :) ). Za podbiegiem zegarek odpikał pierwszy kilometr. Nogi już trochę z waty, a tu trzeba było cisnąć w dół. No to ciśniemy. To piątka, nie ma czasu na odpoczynek!

Odcinek w dół dał trochę odpocząć, ale za nim był kolejny niemały podbieg, i kolejny, i kolejny... Niestety tempo z czwórką z przodu pojawiało się później tylko na zbiegach. Po 3,5 kilometrze nawet na zbiegach ciężko mi było się tak rozpędzić. Górki się niestety nie kończyły, a płuca potrzebowały coraz więcej tlenu. Zegarek odpikał 4-ty kilometr. Jeszcze tylko jeden do końca. Tylko jak tu go przetrwać i nie zwątpić... :)

Do mety pozostał ostatni większy podbieg, to wiedziałam. Sama nie wiem jak się na tą górkę wtoczyłam. Na  górze miałam wrażenie, że się zataczam :) Całe szczęście, że znalazłam jeszcze trochę sił i ostatni zbieg pokonałam z tempem z trójką z przodu, wyprzedzając przy okazji jakąś kobitkę. Co jak co, ale w zbiegach jestem mistrzem :) 

Za metą dosłownie padłam na ryjek. Ciężka była ta piątka. Czas niestety w ogóle nie oddaje tego, ile sił mnie kosztowało, żeby go uzyskać. Na dystansie 5,34 km (jak widać, niezbyt kojarzyłam na końcu co się dzieje, bo nawet nie wiedziałam, że było ciut dłużej) uzyskałam czas 27:49. Żeby nie wyszło, że jestem takim żółwiem dodam, że byłam piąta w swojej kategorii. Czyli suma summarum - jestem z tego mojego wymęczonego wyniku zadowolona :) Bardzo zachęcające miejsce jak na początek moich prób szybszego biegania.



Wojtkowi udało się zająć 4-te miejsce w open i 3-cie w swojej kategorii. 

Jak ktoś lubi trasy dające w kość to polecam Siepraw. Nie będziecie się nudzić ;) Ale na życiówkę zdecydowanie się ta trasa nie nadaje. Atmosfera biegu była za to całkiem sympatyczna, swojska. Uroczy medal. Coraz bardziej doceniam takie małe imprezy. Tanie wpisowe, skromny pakiet startowy, ale za to brak tłumów na trasie. I mnóstwo fajnych miejsc do odkrycia. Co jak co, ale te Sieprawskie górki są bardzo widokowe.

Po piątce w Sieprawiu czekało nas jeszcze starcie z górkami w Swoszowicach dzień później... Ale o tym kolejnym razem :) 

czwartek, 18 maja 2017

XV Bieg Skawiński - wracam do gry

Pomysł na udział w Biegu Skawińskim pojawił się dosłownie ze 3 dni przed biegiem. Dowiedziałam się, że Półmaraton Andrychowski jest odwołany. Z jednej strony było mi szkoda, bo bardzo podobał mi się pomysł tej imprezy, pod Beskidem Małym. Niestety organizator z powodu braku wszystkich zgód na organizację biegu musiał imprezę odwołać. Nie jestem mocno zbulwersowana, jak część biegaczy. I mam nadzieję, że w przyszłym roku spróbują zorganizować ten półmaraton na nowo. Wcale się nie zraziłam ;) Z drugiej strony jednak trochę mi to było na rękę, że ten półmaraton się nie odbył. Z moim kolanem już całkiem dobrze i pewnie bym wystartowała. Ale nie chciałam go narażać na aż taki dystans. Dlatego jak tylko dowiedziałam się, że impreza się nie odbędzie, zaczęłam szukać jakiejś dyszki w okolicach. Padło na Bieg Skawiński. Blisko, fajna trasa, zaskakująco niskie wpisowe. No to jedziemy!

Na start namówiłam Wojtka. Chciałam zobaczyć, w którym miejscu jestem, jeśli chodzi o szybsze bieganie i ile straciłam przez przymusową labę spowodowaną ITBS. Nie biegałam szybko chyba już z pół roku, nie licząc pojedynczych akcentów w treningu maratońskim, które robiłam raczej dla odmulenia nóg, niż żeby cokolwiek budować ;) Wojtek miał spróbować trzymać razem ze mną tempo 5:15 i spróbować powtórzyć czas, który wyciągnęłam na Czechowickim Biegu Niepodległości w zeszłym roku. Nie wiedziałam, czy się uda. Ale jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz ;)



Na miejsce przyjechaliśmy godzinę przed startem biegu. Wszystko poszło sprawnie, dostaliśmy bogaty pakiet startowy. Biuro zawodów, start i meta były w przepięknym parku, o którego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Za namową Wojtka zrobiłam rozgrzewkę, 12 minut spokojnego biegu, przebieżki i rozciąganie. Rozgrzani poszliśmy na miejsce startu. 



Odliczanie i biegniemy! Na początku oczywiście nieco szybciej, adrenalina daje znać :) Potem już wyrównaliśmy i trzymaliśmy się tempa 5:15. Jak zegarek odpikał  2-gi kilometr, to wiedziałam już, ze nie będzie łatwo. Na 3-cim pojawił się podbieg, który porządnie podniósł mi tętno. W głowie zaczęła kiełkować myśl, że z powrotem będzie jeszcze ciężej wdrapać się na tą górkę ;) Ale to dopiero za 4 kilometry. Trochę za górką zaczęło się robić tłoczno, musieliśmy się zmieścić na połowie drogi, żeby zrobić miejsce dla czołówki. Ciężko było z wyprzedzaniem, ale czasami udało się jakoś przebić.



Po nawrotce zaczęliśmy biec troszkę pod wiatr. Wojtek sugerował, żebym się za nim schowała, ale ja chłonęłam każdy najmniejszy podmuch. W końcu chłodek! Jeśli chodzi o bieganie, zdecydowania jestem zimnolubna...

Na podbiegu delikatnie zredukowaliśmy tempo. Trochę się dłużył, ale ogólnie było okej. Na zbiegu za to nadgoniliśmy. I mniej więcej tam poczułam, że naprawdę robi się ciężko. Wizja 2 km do mety nie była dla mnie "tylko tyle", ale "aż tyle". Gdyby nie Wojtek, pewnie bym odpuściła i zwolniła o te 5-10 sekund. Na 9-tym kilometrze zaczęłam sapać jak lokomotywa. Ale mimo to zmusiłam się i trochę przycisnęłam. Ostatni kilometr wyszedł najszybszy. Wpadliśmy na metę. Garmin pochwalił mnie za nowy rekord na dyszkę. Jupi! Z tego wszystkiego zapomniałam nawet o kolanie... :) Czas 52:30. Życiówka poprawiona dosłownie o 2 sekundy... Jest dobrze!



Po biegu załapaliśmy się na koncert disco polo (Wojtek oczywiście był w siódmym niebie ;P), a potem na dekorację. Podsumowując, impreza bardzo fajnie zorganizowana, pozytywna. Będzie się chciało wracać do Skawiny. Trasa rzekomo szybka, ale osobiście bym polemizowała... Chociażby przez tą górkę x 2.



A jeśli chodzi o mój wynik, to założenia udało się wykonać we 100%. Powtórzyłam wynik z Czechowic. Co prawda ten bieg kosztował mnie sporo sił, ale no cóż - takie są dyszki :) Kolano nie protestowało. Czegóż chcieć więcej? Teraz mogę się zabrać za pracowanie nad szybkością. Taki jest mój obecny cel biegowy. Mam ochotę  nauczyć się w końcu biegać poniżej 5 min/km.  Nie ciążą nade mną przygotowania do dłuższego dystansu, więc to idealny czas. Co z tego wyjdzie - zobaczymy. Przede mną pierwsze starty na 5 km i na 8 km. Nigdy nie startowałam na dystansie poniżej 10 km, nie licząc jednego górskiego biegu alpejskiego. Trzeba będzie się w końcu obyć z krótszymi dystansami :)


piątek, 5 maja 2017

Biegowy kwiecień 2017

Na tegoroczny kwiecień czekałam już od zeszłego roku. Biegowo bowiem miało być to zwieńczenie dość trudnych przygotowań i zmierzenie się ponownie z dystansem maratońskim. Było pięknie, zgodnie z planem, do połowy miesiąca. Druga połowa miesiąca była bardzo nieplanowana :) Szczegóły poniżej.


W sumie w kwietniu wybiegałam 85 km. To trochę mało w porównaniu z marcem, w którym wybiegałam 200 km. W kwietniu planowałam zredukować kilometraż, ale nie aż tak :)

Pierwszy tydzień to była końcówka przygotowywań maratońskich. Ostatnie mocniejsze treningi. Potem, po niedzieli dopadło mnie lekkie przeziębienie. Trochę obawiałam się, jak to będzie z siłami na maratonie, ale było genialnie. Wszystko poszło zgodnie z planem, przebiegłam królewski dystans w planowanym czasie. Cieszyłam się każdym kilometrem. Takich maratonów sobie życzę :)

Tak wyglądałam na 42. kilometrze :)
Po maratonie dałam nogom odpocząć. A przynajmniej tak mi się wydawało. Na Święta pojechałam w rodzinne okolice, czyli nie mogłam się oczywiście oprzeć i nie pojechać na krótką wycieczkę biegową w góry ;)

Gdyby kózka nie skakała...
Wybrałam się w Beskid Mały, na Magurkę i Czupel, czyli bez żadnych ogromnych przewyższeń. Ot, przyjemna wycieczka. W górach biegło mi się świetnie. Niestety tylko do 10. kilometra. Na zbiegu poczułam ból z boku kolana. Wraz z każdym krokiem bolało coraz bardziej... Byłam na 800 m.n.p.m., (niestety sama) a autobus miałam na ok. 400 m.n.p.m. ;) Jakbym wtedy wiedziała to, co wiem teraz, pewnie zadzwoniłabym po GOPR. Ale co tam, postanowiłam jakoś zbiec/zejść/sturlać się, byle o własnych siłach. Mój błąd. Schodziłam z zaciśniętymi zębami, co kilka minut przystawałam. O ile do domu jakoś się dotelepałam, to następnego dnia chodziłam na wyprostowanej nodze. Starałam się jednak nie chodzić w ogóle...

No cóż, dowiedziałam się przynajmniej, jak boli ITBS. Oczywiście kontuzja wykluczyła mnie na jakiś czas z treningów, ba, nawet do pracy musiałam jeździć autobusem. To dopiero kara ;) Przepuściłam niestety Cieszyński Fortuna Bieg i Nocną Dychę z Wawelem. Szkoda, ale co zrobić. Kolano ma się już coraz lepiej, powolutku wracam do biegania. Zawsze to jakaś lekcja. Raz, że góry tydzień po maratonie to za dużo dla moich nóg, a dwa, że ćwiczeń się nie olewa. Skończyło się u fizjoterapeuty, który na szczęście zapewnił się, że niczego sobie nie urwałam. Teraz ćwiczę pięknie i regularnie. Nawet to koszmarne rolowanie pasma, które boli jak skurczybyk. Żeby tak było zawsze... ;)



Póki co nie wiem, kiedy wrócę do normalnego trenowania. Stąd nie do końca wiem, jak będzie u mnie wyglądał maj. W planach miałam Półmaraton Andrychowski w połowie maja, dyszkę w Swoszowicach pod koniec miesiąca i piątkę też gdzieś w okolicach. Na chwilę obecną pewnie małe szanse, że wystartuję w półmaratonie, ale kto wie. Patrząc na moją kontuzję z zeszłego roku sprzed maratonu, wszystko jest możliwe ;) Ale zobaczymy. Na pewno nic na siłę. Myślami już jestem gdzieś na trasie biegowej i robię interwały. Na realizację jednak muszę trochę zaczekać :)

sobota, 29 kwietnia 2017

New Balance Vongo - moja opinia

Jakieś 3 miesiące temu stałam się posiadaczką nowych butów biegowych. Jestem fanką butów New Balance i tego nie kryję ;) Musiało więc paść na nowe N-ki. Tym razem były to New Balance Vongo. But, któremu daleko do typowego "żelazka". Chciałam jednak spróbować nieco szybszych i bardziej dynamicznych butów.


W Vongo przebiegłam już ok. 150 km, w tym jeden półmaraton na zawodach. Mogę więc już co nieco o tym bucie powiedzieć.

NB Vongo to buty dla pronatorów. W moich ukochanych NB 880v5 biegam we wkładkach, ale chciałam spróbować jak się biega w butach ze stabilizacją. Biega się dobrze. Nawet lepiej niż z wkładką. 

Vongo są wg. producenta szybkimi butami treningowymi. Mają wciąż dość sporą amortyzację, ale z racji tego, że mają bardzo niski jak na buty treningowe drop (4 mm), motywują do trochę innego przebierania nogami niż w tradycyjnych butach treningowych ;)



Jak wygląda to w rzeczywistości? Faktycznie, chętnie biorę Vongo na szybkie treningi. Są dość lekkie - but w rozmiarze 41 waży ok. 280 g. Bardzo fajnie biegało mi się w nich na bieżni. Nie wiem jak sprawdziłyby się na maratonie. Na półmaratonie za to biegło mi się w nich świetnie. Jak na nowe buty to zrobiłam im niezły test ;) Ale zdały go perfekcyjnie. Wydaje mi się, że New Balance robi po prostu buty idealne dla mnie.

Myślę, że Vongo są butami dla biegaczy, którzy biegają raczej ze śródstopia. A więc raczej nie jest to but dla początkujących. Polecałabym biegaczom, którzy szukają drugiej pary do szybszych treningów. Ja przynajmniej w tym celu je kupiłam. 

Jeśli chodzi o jakość materiałów, to buty wyglądają na bardzo solidne. Pewnie będzie w nich trochę ciepło w lecie, ale osobiście się tym nie przejmuję, bo musiałabym biegać chyba w japonkach, żeby się nie gotować letnią porą ;) 

Buty New Balance Vongo to typowe asfaltówki. Nie zdążyłam jeszcze sprawdzić, jak radzą sobie na śniegu czy tam w błocie. Ale patrząc na podeszwę wnioskuję, że chyba słabo. Wcale mi to nie przeszkadza, do zadań specjalnych mam inne buty. Ale jeśli ktoś szuka butów bardziej uniwersalnych, polecam znaleźć jakieś z bardziej agresywnym bieżnikiem.


Podsumowując, mogę szczerze polecić New Balance Vongo. Jak dla mnie są świetnym połączeniem buta treningowego z dobrą amortyzacją i buta do szybszego biegania. Warto mieć je w szafie jako uzupełnienie dla wygodnych butów treningowych. Uważam, że są to buty dla tych, którzy już mają trochę kilometrów w nogach. Mają też jeszcze jedną zaletę... są bardzo ładne. I niebieskie ;) 

środa, 26 kwietnia 2017

9. Cieszyński Fortuna Bieg - z drugiej strony

Ostatnimi czasy zaczynam odkrywać, jakie fajne imprezy biegowe są organizowane w moich rodzinnych stronach i okolicach. Pomijając mnóstwo fajnych biegów górskich, są też niemałe biegi uliczne. Jak Fortuna Bieg w Cieszynie na przykład.

Udział w tym polsko-czeskim biegu zaplanowałam już dawno, opłaciłam już dawno, ale moje kolano zadecydowało za mnie, że jednak nie biegniemy. Z racji, że oprócz mnie miał biec jeszcze Wojtek, Ania i Marcin, nie mogło mnie tam jednak zabraknąć. Na otarcie łez wzięłam aparat i razem z drugim Wojtkiem wyszukiwaliśmy w tłumie naszych trzech biegaczy i robiliśmy im zdjęcia. Trochę inne doświadczenie, ale niestety - nie polecam :) Sto razy bardziej wolałabym sama pobiec. Ale niestety bywa i tak. Co ciekawe, medal zdobyłam. O tym jak, opowiem poniżej.

W drodze na zawody dopadły nas cztery pory roku. Od słońca, poprzez deszcz, śnieg, grad... Nie była to wymarzona pogoda na bieg. A zapisując się, zastanawiałam się, czy nie będzie gorąco... ;) Otóż, to nam nie groziło.

W samym Cieszynie na powitanie zlewa. Dotarliśmy na stadion, żeby odebrać pakiety i przeczekać oberwanie chmury. Też odebrałam swój pakiet - chociaż koszulkę i numer startowy będę miała z tego biegu. Wszystko żółte. Fajne, takiej koszulki z biegu jeszcze nie mam :)



Start był o 12:00. Trasa miała biec po obu stronach Olzy - zarówno w polskim Cieszynie, jak i w Českém Těšíně. Pomysł super.



Trasa płaska, raczej szybka. Ogólnie wiedzieliśmy, że ten bieg jest obstawiony dość dobrymi zawodnikami. Martwiło to ewentualnie Wojtka.

Punkt dwunasta wystartowali.



Razem z nie-biegnącym Wojtkiem kręciliśmy się od czeskiej do polskiej strony i robiliśmy zdjęcia. Ciężko było nadążyć, bowiem ledwo co zrobiłam zdjęcie Marcinowi, to Wojtek biegł już z drugiej strony mostu. Ale parę fajnych ujęć zrobiłam :)




Jeśli chodzi o bycie fotografem, to bardzo fajne było to, w jaki sposób ludzie reagowali na aparat. Uśmiechali się, pozowali -  w sumie to biegnąć sama tak robię ;), ale to było takie miłe. Widząc aparat potrafili poprzez zmęczenie szczerze się uśmiechnąć. Nie wszyscy oczywiście. Ale większość.



Na czas biegu pogoda jakby specjalnie zrobiła okienko. Zaświeciło nawet słońce.



Meta znajdowała się na stadionie. Najpierw wbiegł na nią Wojtek, potem Ania, a potem Marcin. Wszyscy zadowoleni i szczęśliwi.



Dzięki Wojtkowi udało mi się też dostać medal. Było ich więcej niż ludzi kończących bieg, więc pod koniec podeszłam, i jak to pan ujął "na zachętę" dostałam medal. Mnie nie trzeba zachęcać. Co najwyżej moją nogę ;) Bardzo się cieszę, bo uwielbiam medale. A ten bardzo mi się spodobał. W sumie, czy był kiedyś medal, który mi się nie podobał i którego nie chciałabym zdobyć? ;))


Wojtek na koniec stanął jeszcze na podium - 2. miejsce w kategorii M30.



Podsumowując, Cieszyński Fortuna Bieg to fajna impreza. Dość duża, bo biegnie tam ponad 1000 ludzi. Ale pod względem organizacji wydawało się w porządku. Strasznie mi szkoda, że nie wystartowałam, bo to miał być dla mnie start w sensie odcinania kuponów po maratonie i przygotowaniach maratońskich. Niestety nie był. I szczerze mam nadzieję, że nie będę nigdy więcej na biegu jako przymusowy kibic. Noga na szczęście dochodzi do siebie, więc już wkrótce wracam na biegowe ścieżki :)