niedziela, 9 grudnia 2018

Czechowicki Bieg Niepodległości - po raz czwarty

A więc tradycji stało się za dość. Bo gdzie miałabym świętować 100-ną rodznicę odzyskania niepodległości przez Mój Kraj, jak nie w rodzinnym mieście? Parędziesiąt minut po otwarciu zapisów byłam tak więc zapisana, opłacona i miałam wybrany numer startowy. W tym roku nie zaspałam i zaklepałam sobie mój ulubiony 77. 

Moje nastawienie do tego startu ewoluowało: im bliżej było tego biegu, tym było ambitniejsze. Wiadomo, jak wygląda moje bieganie w tym roku. Na jesień jednak coś we mnie chyba pękło i w moim bieganiu pojawiło się coś, czego nie było wcześniej, a mianowicie zawziętość. Do tego zaliczyłam parę miłych niespodzianek i okazało się, że moja forma nie jest jednak tak bardzo w lesie. Podburzana przez mojego szybkobiegającego-nie-zawsze-rozsądnego Męża na starcie ustawiłam się za balonami na 50 minut. W sumie to nie sądziłam, że dam radę. Ciepło, słońce grzeje, wiatr będzie przeszkadzał... Ale spróbuję. A co. Najwyżej omrę gdzieś po drodze. Co mam do stracenia?



Kilka minut przed startem podpytałam pacemakerów o taktykę. Czy planuję biec równo? Ja, równo! Zapraszam! Usłyszałam. Wesoły Ślązak. Okej, będzie fajnie :) 

Start jak zwykle był za szybki. Goniłam balony, nie podobało mi się moje tempo, tym bardziej, że pierwszy kilometr składa się z trzech podbiegów. Jak to uznał Pan Pacemaker ze Śląska - takie tam marszczenia terenu :) Pierwszy kilometr strzelił więc za szybko. Potem trasa się wypłaszczyła, oddech nieco uspokoił i przestałam się przejmować wysokim tempem. Na piątym kilometrze stwierdziłam, że w sumie to może ja sobie progowo biegnę te 5:00? Pacemaker spytał się, czy tempo okej. Odpowiedziałam, że na razie okej.



Wtedy jednak pojawiła się Golgota. I znowu to samo. Mięśnie mi zmiękły, równy oddech zamienił się w sapanie. I jeszcze balony zaczęły mi odjeżdżać! Całą Kolejową próbowałam wyrównać oddech i do tego dogonić balony. W sumie to się udało. Ale tylko na chwilę. Na deptaku znowu zaczęły się oddalać, a ja nie miałam już siły ich gonić. Próbowałam olać zmęczenie i trzymać jeszcze tempo i nawet całkiem nieźle mi szło, ale po odpikaniu 7-go kilometra poczułam że mam towarzystwo.



Pojawiła się kolka. Podnoszenie ręki, uciskanie, nic oczywiście nie dało. Na wbiegu na Eliminatora czekał na mnie Wojtek, który chciał mnie pociągnąć przez dwa ostatnie kilometry. Ale ja na Eliminatorze zwijałam się z bólu i nie mogłam porządnie wciągnąć powietrza. Jakoś przebrnęłam przez ten podbieg, naprawdę mocno zwalniając. Jedną ręką tak mocno ściskałam się za brzuch, że jeszcze po biegu widziałam ślady odciśniętych swoich paznokci :P

Z supportem Małżonka :)
Nie wiem jak to się stało, ale na ostatnim kilometrze trochę odżyłam. Biegłam już totalnie na rybę. Przez gwóźdź się jakoś przetoczyłam, a na stadionie było mi już wszystko jedno. Mocno przyspieszyłam, ciągle motywowana przez Wojtka. Coś tam krzyczał, że biegnę na życiówkę, ale bazując cały bieg na średnim tempie odcinka, nawet nie wiedziałam, jaki mam czas...



Meta! Koniec cierpień :)

Zawiesiłam się nad zegarkiem, żeby zobaczyć, czy było warto się tak męczyć. I co? Było! Wg. organizatora pobiegłam w 51:01 min, ale z racji, że trasa była troszkę dłuższa (pomiar identyczny jak rok temu, innym zegarkiem), wyszło, że przebiegłam tą dyszkę w 50:40 min! Serio, nie nastawiałam się w tym roku na życiówki. Może nie jest to wynik, który powala na kolana, ale jednak w stosunku do poprzedniego roku urwałam ponad 40 sekund. A wydaje mi się, ze w zeszłym roku byłam mimo wszystko w lepszej formie. A poza tym teraz tylko 41 sekund dzieli mnie od zrealizowania pewnego ważnego celu. Zawsze trochę bliżej :)

Upragniona chwila! :)


Wyciągnęłam z tego biegu dwie ważne lekcje.

Pierwsza: nie zawsze trzeba biegać zapobiegawczo. Czasami warto zrobić coś troszkę nierozsądnego. Podkreślam: troszkę :) Jakbym zaczęła ten bieg z wcześniejszymi założeniami (5:10 min/km), pewnie powieliłabym wynik z zeszłego roku.

Druga: czasami trzeba się zmęczyć. Dycha to taki dystans, na którym można, a nawet trzeba troszkę omrzeć. Wtedy są efekty. I satysfakcja. Zmęczenie mija, życiówka zostaje :) Z minusów: z takich biegów nie ma się korzystnych zdjęć :P No chyba, że selfie za metą :D



Mam ogromną nadzieję, że za rok wrócę na te zawody mocniejsza. I że znowu na tej trudnej trasie dam z siebie wszystko. Bo co jak co, ale w Czechowicach po prostu dobrze się biega :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz