Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

4. Półmaraton Królewski - bo pogoda była za ładna

Dwa tygodnie po niezwykle udanym Biegu Trzech Kopców planowałam, jak to większość krakowskich biegaczy, start w Półmaratonie Królewskim. Tym razem założenia co do tempa miałam jasne. Trochę z rytmu wybiło mnie lekkie przeziębienie, które złapałam tydzień przed startem. Ostatnie treningi przed półmaratonem nie należały do najlepszych - łapałam na nich zbyt wysokie tętno. Ale kto by dbał o szczegóły. Swoich założeń na start nie redukowałam. Z obawą jednak patrzyłam na prognozy pogody na start - zbliża się ciepełko...

W dniu startu poranek wyglądał obiecująco. W okolice Tauron Areny pojechaliśmy dość wcześnie, żeby uniknąć tłumów i mieć gdzie zaparkować - na start w krakowskim półmaratonie zapowiedziało się 10.000 luda... M.in. dzięki temu myślę została zmieniona trasa. Zeszłoroczna nie poradziła sobie z takim natłokiem ludzi. Na rozgrzewce nogi lekkimi nie były, ale przed startem zawsze jest jakiś tam stres.

Przed startem spotkaliśmy też Kamilę z Górskiego Świata, dla której to był drugi półmaraton :



Zjadłam swoją kaszkę mocy i poszliśmy się z Wojtkiem ustawić na starcie. Wojtek wybrał Piątkę dla Kościuszki. Ja nieco dłuższy dystans ;) Nauczona przykrym niestety doświadczeniem ustawiłam się w nieco wcześniejszej strefie czasowej. 

Ubrałam się najlżej, jak się dało. Przed startem na horyzoncie widziałam już bezkresny błękit. Wcale nie było mi chłodno. Zła zapowiedź. Trochę bojowego nastawienia miałam, ale rozsądek szeptał do ucha, że dzisiaj nic z tego nie będzie. Bez walki się nie poddam ;) Organizatorzy wymyślili start falowy - strzał w dziesiątkę.

Start! Początek biegłam równo, dobrym tempem. Moim założeniem było biec z tempem 5:25 min/km do końca. Albo ile dam radę utrzymać ;) Trafił się jakiś odcinek z górki, to biegłam trochę szybciej. Po pięciu kilometrach robiliśmy znowu nawrotkę koło Areny. Później dłuższy odcinek Aleją Pokoju. Dalej na wiadukt. Ósmy kilometr minął, ale po wiadukcie zrobiło mi się trochę gorzej. Na kolejnym odcinku pojawiło się kilka kolejnych małych podbiegów, które jakoś strasznie mnie męczyły. Po chwili dochodziłam do siebie, ale pojawiał się znów kolejny podbieg. W zeszłym roku trasa tutaj biegła bulwarami. W tym roku 10.000 ludzi by się tam chyba nie zmieściło. Szkoda. Po 10 kilometrze zaczęłam czuć, że chyba mam trochę dość. Nie pomogła woda na punkcie odżywczym. Podbieg na Most Dębicki znowu mnie troszkę osłabił.



Po drugiej stronie Wisły myślałam, że trzymam się jednak dzielnie, ale na 13. kilometrze mnie ścięło. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ściganie i trzymanie tempa :)



Gotowałam się, mocno zwolniłam i tylko odliczałam kilometry do mety. Po 18. kilometrze walczyłam sama ze sobą. Wstyd się przyznać, ale parę razy na chwilę przeszłam do marszu. Dobiegłam do Areny, a tu jeszcze 3 kilometry. Czy ja kiedykolwiek skończę ten bieg? Po drodze widziałam umieralnię jak na maratonie - widok wyczerpanych ludzi nie pomagał ;) Liczyłam na to, że gdzieś tam będzie stał Wojtek i pomoże mi dotrzeć do mety ;) Przez ten start falowy niestety jeszcze się mnie nie spodziewał. Pomógł tylko na ostatnich metrach do mety. I za metą - gdyby mnie nie podtrzymał, pewnie bym nie ustała na własnych nogach :)



Dotarłam na metę z czasem 1:58:29. Rok temu szalałabym ze szczęścia z takiego czasu, ale czasy się zmieniły, bo chciałam 1:55 i wiem, że na taki wynik mnie naprawdę stać :) Na początku byłam niezadowolona, ale jak zobaczyłam wyniki innych, to stwierdziłam, że jednak nie poszło mi źle. Inni umarli jeszcze bardziej niż ja... ;)



Wojtek też był niezadowolony ze swojego występu. Ja po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że latem to ja życiówki nie zrobię, tylko się niepotrzebnie wymęczę. Ale kto by pomyślał, że w połowie października będzie 25 stopni... No cóż. Wydaje mi się, że bezpośredni związek z tym miało moje wysokie tętno na treningach i na samych zawodach. Po półmaratonie i ochłodzeniu wróciło do normy. Masz Ci los :)

Z pozytywów, to fajnie, że organizatorzy wyciągnęli wnioski sprzed roku. Tym razem organizacja była bardzo fajna. Nie czuło się tłoku. Szkoda tylko, że nie zamówili życiówkowej pogody :D Ale może się uda za rok. Nowa trasa za to nie przypadła mi do gustu. Na pewno nie jest tak szybka jak ta poprzednia. Może przy starcie falowym dałoby się jednak pobiec przy bulwarach? :) 

poniedziałek, 16 października 2017

Biegiem na Zakrzówek 2 - przełaj w wielkim mieście

Zapisując się wiosną na jesienne biegi, zapełniłam sobie znowu po brzegi kalendarz. Ten bieg koniecznie. Tego też nie mogę przepuścić! A prawda jest taka, że normalnie trenując nie da się co tydzień biegać na maksa. Do Biegiem na Zakrzówek postanowiłam więc podejść luźniej i przebiec go w ramach treningu o średniej intensywności, coś a'la siła biegowa. Wybrałam dyszkę. Wojtek z kolei zapisał się na trójkę. 

Bardzo lubimy biegi organizowane przez ITMBW. Panuje na nich taka rodzinna atmosfera. Startują przeważnie stali bywalcy, więc z góry jakąś część buziek się kojarzy, jest z kim pogadać. Tak było i tym razem. Start, meta, biuro zawodów i wszystko co potrzebne biegaczowi w jednym miejscu. Pogoda przyjemna. Pierwszy do startu zaczął szykować się Wojtek - o 12:00 miał wystartować bieg na 3 km.

fot. Ewelina Kempa
Ruszyli. Wojtek co prawda nie był faworytem, ale miał ogromną wolę walki. Powalczył i oto chwilę później widziałam go już zmierzającego do mety... Na pierwszym miejscu :)

fot. Ewelina Kempa
Tak zmęczonego to go chyba jeszcze nie widziałam. Ale było warto. Wygrał :)

O 13:00 miał startować bieg główny na 10 km. Trzy kółka w pagórkowatym i różnorodnym terenie. Przed biegiem zjadłam kaszkę mocy (mój nowy patent na zawody i szybkie treningi, opiszę zapewne na jakimś podsumowaniu) i ustawiłam się na starcie. Bez parcia na wynik. Miałam w końcu pobiec treningowo ;) Ale czy ja w ogóle potrafię  biegać tak zawody? No to przekonajmy się...


Początek był raczej wolny. Trochę się zakorkowało - ludzi dużo, a ścieżka wąska. Jakoś specjalnie mi to jednak nie przeszkadzało. Początek był trochę błotnisty. Ludzie skakali przez kałuże i pomiędzy błotnistymi miejscami, ja po wszystkim przebiegałam - warto było  jednak wziąć terenówki ;)


Na pierwszym kółku było dość ciasno. Ciągle musiałam się trzymać czyichś pleców, na wąskich ścieżynkach między drzewami nie szło wyprzedzać. Na drugim trochę się już rozluźniło. Odpuściłam sobie podbieganie na największym podbiegu - uznałam go myślę słusznie za niepodbiegalny :) Znalazłam też na biegu swój ulubiony odcinek, którym okazał się ostry, kamienisty zbieg. Na każdym kółku urywałam tam sekundy, świetnie się przy tym bawiąc :)

fot. Ewelina Kempa
Na ostatnim kółku zrobiłam się trochę zmęczona. Jednocześnie miałam dość sił, żeby powyprzedzać parę ludzi. Jeszcze tylko ostatni zbieg i długa prosta do mety, na której mogłam trochę przyspieszyć :)



I meta :) Trasa nie miała całych 10 km, Garmin pokazał 9,35 km. Przebiegłam ją w 55:39. Zadowolona, umiarkowanie zmęczona :)


I jeszcze międzyczasy z endo:


Biegiem na Zakrzówek kończył cykl imprez ITMBW w 2017 roku. Z tej okazji rozdawane były statuetki da tych, którzy ukończyli wszystkie cztery biegi. Osobiście nie startowałam jeszcze tylko w biegu walentynkowym, ale w przyszłym roku na pewno tam pobiegniemy!

Jeśli chodzi o trasę Biegiem na Zakrzówek, to jest to typowy przełaj z dużą ilością podbiegów i zbiegów. Trasa na pewno ciekawa, dla wielbicieli urozmaiconych biegów, których niekoniecznie interesuje klepanie kilometrów po asfalcie :) 

poniedziałek, 23 marca 2015

Pierwszy biegowy raz

W końcu musiał nadejść ten czas. Pierwsza myśl o wystartowaniu w jakiejś imprezie biegowej pojawiła się w zeszłym roku. Trochę czasu musiało jednak minąć, żeby słowo zamieniło się w czyn. Ale w końcu się udało - wczoraj pobiegłam w 1. Biegu z Dystansem do wiosny organizowanym przy Półmaratonie Marzanny :) Co prawda to tylko 10K, ale na pewno było to jedno z najbardziej satysfakcjonujących 10K w mojej biegowej "karierze" :)

Pogoda niestety jak na witający wiosnę bieg trafiła się kiepska. W ciągu całego tygodnia w Krakowie był tylko jeden dzień, w którym nie świeciło słońce, wiał lodowaty wiatr, a co więcej... sypał śnieg. I to była właśnie ta niedziela ;)

Ale wiosenna atmosfera i tak gdzieś tam w sercu panowała :)

Start był w okolicach Kościoła na Skałce. Tutaj ostatnie chwile marznięcia...


I start!


A tutaj już ostatnie metry przed metą.


I pierwszy medal w mojej karierze :)

Co do wyniku, to jestem zadowolona, chociaż do pobicia swojego rekordu zabrakło parudziesięciu sekund. Jest nad czym pracować :) Ogólnie rzecz biorąc to bardzo mi się podobało, szczególnie ta atmosfera :) Oczywiście mam apetyt na więcej. Zapisałam się już na kolejny bieg, który z kolei będzie trochę ambitniejszy... Na razie się nie chwalę, zabieram się za to porządnie do roboty :)

niedziela, 21 grudnia 2014

Piernikowe święta

Wiem, że pierniki powinny były powstać pewnie z jakieś 3 tygodnie temu. Ale taka gapa ze mnie, że powstały w... czwartek. Właśnie w czwartek nasza kuchnia zamieniła się w fabrykę pierniczków. Z racji, że nie było żadnych foremek do ciastek, wszelkie wzory powstawały wycinane po prostu nożem. To łatwiejsze niż myślałam ;)









Pierniki nie wyszły co prawda aż tak dobre jak te z norweskiej wigilii... Ale są dobre :)

sobota, 18 października 2014

Porządki!

Bywają takie dni, w których robisz porządki w szafie i pomaga Ci w nich Twój Narzeczony...


I wygląda to właśnie tak :P Gdzie jest Wally, tfu... Wojtuś? :)

A tak poza tym, to zrobiłam sobie w pokoju swój kącik językowy, widoczny w prawym rogu zdjecia :) Głupota, a cieszy. W przyszłym tygodniu czekają mnie w końcu pierwsze zajęcia na norweskim, jee!

wtorek, 17 grudnia 2013

Skalne lato 2013 - wspominki

Wiem, że nie powinnam jeszcze narzekać. Toż nawet nie zaczęła się astronomiczna zima i nawet jeszcze porządnie w tym roku nie wymarzłam. Aczkolwiek brnęłam już przez śniegi :)

I chociaż ciągle czekam na dzień, kiedy za oknem zobaczę grubo sypiący śnieg, to tęskno mi do naszego skalnego lata pod Krakowem, wyjazdów pod namiot, kiedy to rano nie można spać, bo ptaki rozpoczynają swój poranny koncert :)










Ale przynajmniej zimą są skoki :>



czwartek, 12 grudnia 2013

Kiermasz świąteczny na Rynku Głównym

Parę zdjęć z kiermaszu świątecznego. Wybrałam sobie jednak dość kiepski dzień na fotografowanie - była niedziela ;)













A w głowie cała masa pomysłów, inspiracji. i planów. Śnieg bardzo potrzebny :)

Run, girl, run!



wtorek, 10 grudnia 2013

Nocą





Nocne zabawy długim czasem naświetlania. To był ten dzień, w którym odkryłam, jak za pomocą swojego małego aparaciku mogę uwiecznić gwiazdy. Niestety, z realizacją trzeba zaczekać - powietrze za czyste :P


piątek, 6 grudnia 2013

Święty Mikołaj w krakowskim tramwaju

Chyba ten cały szalejący Ksawery sprawił, że jakoś kompletnie zapomniałam, że dzisiaj jest święto św. Mikołaja! Przypomniało mi się w sumie dopiero wtedy, kiedy na przystanek podjechał mój tramwaj. Okazało się, że wybrałam dobrą linię, bowiem okazało się, że na Kurdwanów dzisiaj jedzie sam święty Mikołaj :>

Chyba byłam grzeczna (jak i wszyscy inni pasażerowie), bo dostałam prezent!





:)

czwartek, 5 grudnia 2013

Niedzielny zachód słońca na Wawelu


Akurat w niedzielę zachciało nam się (no dobra - mi się zachciało) zwiedzać najbardziej zatłoczone części naszego miasta. Na szczęście większość turystów chyba porządnie wywiało. Nas też wywiało.


















Może mniej urokliwie. Ale prawdziwie ;)





Wypatrzona przez Wojtusia Królowa Beskidów :)









Klasztor Kamedułów








Myślę, że warto było trochę pomarznąć :) Co prawda teraz jestem cała zasmarkana, aale... Co tam ;)
c.d.n. Tym razem w roli głównej będzie Kiermasz Świąteczny na Rynku Głównym ;)


niedziela, 1 grudnia 2013

Wawel o zachodzie słońca

Nie wiem jak piździ w kielieckim, ale w małopolskim piździło dzisiaj wyjątkowo. Mimo wszystko hemli-zachcianki trzeba spełniać - toteż były dzisiaj zdjęcia.



Póki co na razie tyle. Będzie więcej :)