niedziela, 6 grudnia 2015

2. Górska Przygoda w Wiśle - bieganie jest piękne

Podczas szukania biegów na ten rok wiedziałam, że oprócz półmaratonu koniecznie muszę zaliczyć jakiś górski bieg. Byle nie za trudny, nie za długi i żeby jeszcze był dość blisko. A więc, jak tylko w oczy rzuciła mi się taka impreza jak Górska Przygoda w Wiśle, stwierdziłam: to jest to :)

Podczas zapisów okazało się jednak, że trasa została nieco wydłużona i będzie liczyć 17 km. W 2014 biegło się na 13 km i na tyle też się z góry nastawiałam. Ale jak się powiedziało A... No to trzeba pobiec :) Na parę dni przed biegiem zachęcony po starcie w Czechowickim Biegu Niepodległości na start zdecydował się też mój brat, z czego bardzo się cieszyłam. Zawsze biegałam sama, oczywiście z moim Kibicem na starcie i mecie :)

I nadszedł w końcu ten dzień. 14 listopada, słoneczna i trochę wietrzna sobota. Dojazd do Wisły zajął nam mniej czasu niż myśleliśmy. Na miejscu jednak strasznie ciężko było znaleźć miejsce parkingowe, więc się zeszło...



W pierwszej kolejności poszliśmy oczywiście do biura zawodów, które znajdowało się w hotelu Podium. Poszliśmy odebrać pakiet - i tutaj małe rozczarowanie. Yyy... Jaki pakiet? :D Dostaliśmy numer startowy do zwrotu (:(!), ulotkę zniżkową do sklepu w Dąbrowie Górniczej i bon na posiłek. Trochę biednie - ale ja tam się nie znam na biegach górskich. Może mają taką specyfikę... Najbardziej szkoda mi tego numeru, bo lubię je kolekcjonować.


Do tego mój numer był już dość wysłużony... Podczas biegu musiałam go trochę podziurawić, żeby się trzymał ;)

Zimno!

Odczekaliśmy swoje do startu. Było zimno, więc do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy rozstanę się z kurtką... Na szczęście zostawiłam ją Wojtkowi. I ruszyliśmy!


Na starcie okazało się, że nie działa mi endomondo (dramat biegacza! ;)) - musiałam więc włączyć na nowo telefon i wskrzesić moją ulubioną aplikację - grzebanie w telefonie nie przeszkadzało mi jednak w zbieganiu, musiało to tylko ciekawie wyglądać ;) Ale tak bardzo mi zależało na zapisie tej trasy i międzyczasach! Grzebiąc w telefonie zgubiłam niestety brata - i tak miało być już do końca.

Po krótkim zbiegu praktycznie od razu zaraz zaczynał się podbieg. Solidny podbieg. Zaraz za biegaczami na trasę wyruszyli zawodnicy nordic walking - i na podbiegu, kiedy praktycznie wszyscy biegacze przeszli do marszu, po prostu nas odstawili :) Mruczeli coś tam pod nosem, że co to za biegacze... hihi :)


fot. Tomasz Makula

Podbieg ciągnął się praktycznie non stop przez pierwsze 6 kilometrów, więc w większości pokonałam tą część biegu marszem, gdzieniegdzie tylko podbiegając. Nie było to jednak takie złe - trasa była przepiękna, widokowa i malownicza. Do tego trafiła się cudna pogoda. Żałuję, że nie wzięłam aparatu!

Co jakiś czas zza drzew wynurzał się  odległy Zielony Kopiec. Wiedziałam, że gdzieś nieco pod wierzchołkiem trasa zawraca i rozpoczyna się zbieg. Starałam się jednak jakoś szczególnie się w niego nie wgapiać, żeby nie odnieść wrażenia, że cały czas jest tak samo daleko...

A żeby nie być gołosłownym, że było pięknie, parę zdjęć trasy:

fot. Tomasz Makula

fot. Tomassz Makula

fot. Tomasz Makula
Na trasie nie było tabliczek z kilometrami. Telefon miałam schowany w saszetce, więc nie miałam pojęcia ile już przebiegłam. Po jakimś czasie na trasie zauważyłam punkt odżywczy - porwałam jakieś ciastko, bo od dobrych kilkudziesięciu minut burczało mi w brzuchu, a jakoś nie chciało mi się sięgać po batonika do plecaka.

Za punktem odżywczym trasa zaczęła łagodnieć. Zaskoczyło mnie, kiedy zobaczyłam, że zbacza ze szlaku - czyli, że już będzie z górki? :)
Puściłam się w dół. Pierwszy raz spojrzałam na zegarek - biegłam godzinkę i ok. 10 minut. + te minuty na początku, kiedy to mocowałam się z endomondo ;) Po ok. kilometrowym zbiegu pojawił się podbieg, ale dalej robiło się już ostro z górki.

I to był mój czas - uwielbiam zbiegi! Zasuwałam, uważając na wszelkie kamienie, korzenie i bukowe liście. Dla takich chwil warto się męczyć na podbiegach :)

Po paru kilometrach trasa zrobiła koło - znowu byłam na tych samych ścieżkach, którymi podbiegałam do góry. Pojawiły się małe podbiegi, starałam się nie przechodzić do marszu.

fot. Tomasz Makula
Przez chwilę trzymałam się jakieś grupy biegowej, którzy robili mi za pacemakerów i coś tam między sobą gadali ile jeszcze zostało :) W rezultacie jednak na jakimś zbiegu się od nich odłączyłam.

Końcówka trasy była bardzo stroma - zasuwałam w dół i tak się zastanawiałam, jaki będę mieć czas. Zakładałam, że trasa zajmie mi ponad 2 godziny... A może jednak trochę krócej?

Koniec zbiegu, skręt trasy, parę kroków po schodkach...


I meta!! Złamałam 2 godziny! Ależ się cieszyłam.
Po chwili na szyi wisiał mi już medal i odnalazłam Wojtka, który był mocno zdziwiony, jak usłyszał moje nazwisko po przekroczeniu mety.


Osiągnęłam czas 1:53:33 na dystansie 17km i muszę przyznać, że jestem z tego wyniku bardzo zadowolona. Przewyższenie  na trasie wynosiło ok. 700m.

A tak prezentują się moje międzyczasy:

Widać, gdzie było najstromiej pod górkę i z górki :)

Ok. 15 minut po mnie na mecie zameldował się też Marcin, równie zadowolony - a ja z niego dumna :) Był to właściwie jego drugi bieg w górach, więc tym bardziej dobrze mu poszło.

Podsumowując, jak widać, można zrobić dobrą imprezę biegową bez pakietu startowego :) Piękna trasa, zapewniająca najwyższą przyjemność z biegania. Jeśli Górska Przygoda będzie miała kontynuację w przyszłym roku to wszystkim polecam. Sama jeszcze nie wiem czy na nią trafię -  m.in. dzięki tym zawodom potwierdziło się, że górskie biegi to jest to, co Hemli lubi najbardziej, więc przyszłej jesieni zmierzę się pewnie z jakimś górskim półmaratonem. Ale kto wie, kto wie - jeśli się uda, to bardzo chętnie zawitam też do Wisły za rok :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz